środa, 15 listopada 2017

poniedziałek, 13 listopada 2017

Biedermeier - Muzeum Narodowe w Warszawie



Zachęcam  do zobaczenia wystawy „Biedermeier” w Muzeum Narodowym w Warszawie. Byłam w zeszłym tygodniu i jestem zadowolona, że mimo dużej odległości (z Rzeszowa 300 km), zdecydowałam się pojechać do stolicy i zobaczyć ekspozycję, o której głośno w świecie miłośników XIX-wiecznej sztuki użytkowej, a przede wszystkim wielbicieli porcelany.



Wiedeński talerz z króliczkiem, który stał się „twarzą” tej wystawy jest rzeczywiście piękny, i choćby dla zobaczenia w jaki sposób jest wykonany, warto się do Muzeum Narodowego wybrać.

Wystawa świetnie oddaje ducha epoki, czego zasługą jest znakomity dobór eksponatów: od mebli, przez stroje, malarstwo, tkaniny, porcelanę i szkło, aż po biżuterię. Może trochę wszystko ustawione jest sztywno, bo aż prosiło by się o zaaranżowanie biedermeierowskiego saloniku w taki sposób żeby przynajmniej trochę sprawiał wrażenie, że właśnie wyszła stamtąd dama w sukni z bufami, zostawiając niedokończoną robótkę i filiżankę niedopitej herbaty -  w końcu to styl ceniący wygodne i spokojne życie rodzinne.









Oprócz porcelany, mebli i biżuterii, które mnie najbardziej interesowały, zachwyciło mnie malarstwo, a szczególnie portrety i sceny we wnętrzach, oddające ducha epoki – spokojnej, dostatniej, rodzinnej – takiej, do jakiej dziś często tęsknimy.





Ważną częścią ekspozycji są przedmioty, których dziś już nie znamy i nie używamy, np. litofanie, podręczne kule na kłębek włóczki, stoliki do robótek ręcznych, spluwaczki, żardiniery, zestawy podróżne i inne bardzo pouczające ciekawostki.





Polecam tę wystawę, polecam też obszerny katalog-album wydany przy okazji. Choć cena jest wysoka (120 zł) to wiadomości i reprodukcje rekompensują ten minus. Sądzę, że to obowiązkowa książka w biblioteczce każdego kolekcjonera i miłośnika sztuki. 


wtorek, 7 listopada 2017

Gołąbki - jesienne polskie danie






- W mojej rodzinie od Wszystkich Świętych zaczynał się sezon gołąbkowy. Jeździliśmy na groby, a potem cała rodzina spotykała się u ciotki Honoraty, która niezmiennie przez lata serwowała nam, zziębniętym i głodnym, wspaniałe gołąbki. –  Powiedział mi w zeszłym tygodniu w drodze na cmentarz mój przyjaciel.

Rzeczywiście lato dawno już na nami, i coraz częściej mamy ochotę na jakiś ciepłe i sycące danie, którym pokrzepimy się po powrocie z wietrznego spaceru czy po pracy w ogrodzie. A gołąbki to doskonała odpowiedź – smakują każdemu, przygotowane wcześniej szybko można podgrzać, i na tyle weszły do kanonu kuchni polskiej, że możemy je z powodzeniem podać jako eleganckie danie, na jesienny, rodzinny obiad, chociażby ten czekający nas 11 listopada.



Trudno określić czy historia gołąbków jest długa czy krótka. Z jednej strony kapustę z mięsem i kaszami zapiekano już od czasów staropolskich, ale gołąbki w współczesnej formie, takie z ryżem, mielonym mięsem i sosem, zagościły na dobre na naszych talerzach dopiero po II wionie światowej, choć znane były jeszcze w okresie międzywojennym, o czym świadczyć może fragment z „Zaklętych rewirów” Henryka Worcella, opisujący przedwojenną restaurację hotelu Grand w Krakowie:

„Jak na złość rozkapryszeni panowie z PTA zebrali się w komplecie. Więc śledziki, plasterki salcesonu i szynki […] potem pół porcji gołąbków [nie gołębi!], pół paprykarzu i wiele, wiele innych dokuczliwych zamówień. Palmiak posiniał ze złości, a na uspokojenie wypił jeszcze jedną literatkę, tym razem na koszt panów z PTA”.



Ciekawostką jest też nazwa tego dania, której pochodzenia nikt jeszcze dotąd nie rozszyfrował. Być może, a właściwie to bardzo prawdopodobne, że kształtem przypominały one komuś małe pieczone gołębie. Stąd też, dla uniknięcia słownych pomyłek, gołąbki nazywano nierzadko w książkach kucharskich na różne inne sposoby, głównie jako „kapusta faszerowana mięsem”. Z dzieciństwa pamiętam, że wielki śmiech w domu wywołał przepis na: „kapustę po chłopsku” zaczerpnięty przez moją mamę z jakiejś książki kucharskiej wydanej po tuż po wojnie, która to była niczym innym jak zwyczajnymi gołąbkami. Tato stworzył z tego nawet anegdotkę pt. „jak moja żona robiła kapustę po chłopsku i co z tego wyszło”, którą opowiadał sąsiadom, zapraszając przy okazji do degustacji tak osobliwego dania. Był wiec pretekst do spotkania, śmiechów i posiedzenia nie tylko przy samym gołąbku… Takie to były kiedyś czasy.

Nie znalazłam tej powojennej książki mojej mamy, ale odszukałam inną, wydaną w 1980 roku „Kuchnię polską” wydane przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne. W której pod numerem 907 zamieszczono przepis na „Gołąbki” z kaszą i mięsem – zaznaczam, że słowo gołąbki ujęte jest jeszcze w cudzysłów, uściślając tym samym dobitnie, że nie jest to potrwa z gołębi, a już bez cienia jakichkolwiek wątpliwości w tej kwestii pozostawia czytelnika dopisek: z kaszą i mięsem. 



Nie będę podawała wam przepisu na gołąbki, bo można ich znaleźć mnóstwo w Internecie, a poza tym każdy ma swój własny, rodzinny przepis na to danie. Podpowiem tylko, ze u mnie gołąbki wypieka się bardzo długo w kamionkowej brytfannie (około 4 godzin) i dodaje do pieczenia domowy przecier pomidorowy i kilka małych świeżych pomidorków. Sekretem zaś wspaniałych gołąbków mojej cioci Krysi jest podsmażony boczek, którym przed pieczeniem polewa ułożone brytfannie surowe gołąbki.

Choć zamieszczona przez Panią Dominikę na jej blogu wspaniała recenzja mojej książki o porcelanie Rosenthal,

Tu link: http://kwiatowa22.blogspot.com/2017/11/dom-tradycyjny-czyli-porcelana-rosenthal.html

zobowiązywała by mnie do zamieszczenia tym razem raczej wpisu o porcelanie, to może wybaczycie mi moją słabość do dobrego jedzenia, a… porcelana jest na fotografiach. To głównie rosenthalowski serwis Maria z dekoracją Poezja, produkowany w latach 90. ubiegłego wieku. Bardzo go lubię, choć rzadko używam, bo elementy jest już bardzo trudno dokupić.


poniedziałek, 30 października 2017

21. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

Jak co roku uczestniczyłam w Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie. To wspaniałe święto książki i miejsce, które każdy czytający lub/i piszący powinien obowiązkowo odwiedzić. Swoje książkowe skarby upolowałam i ja. Oto one:


"Fizjologia Smaku" - legendarna książka, której pewnie wielu z Was nie trzeba przedstawiać. Sądziłam, że ostatni raz w Polsce dzieło to ukazało się w latach 80. ubiegłego wieku. A tu nagle, na stoisku Państwowego Instytutu Wydawniczego, niespodzianka! Nowe, śliczne wydanie. Wiadomo, od razu było moje.




Dzienniki Janiny z Puttkamerów Żółtowskiej zainteresowały mnie ze względu na opisy życia codziennego, z których wyłowić można niejedną perłę.


Katalog Nabytków Muzeum na Wawelu z lat 2015-2016 - znakomicie opisane przedmioty (rzemiosło artystyczne, malarstwo, porcelana, srebra), mnóstwo wiedzy i ciekawostek. 


I w końcu "Ikonologia" czyli kompendium wiedzy o tym co, jak i z jakimi atrybutami przedstawiane jest w sztuce. Ze względu na zbliżające się Święto Zmarłych wybrałam dla przykładu słowo WIECZNOŚĆ. 


Teraz zanurzam się w lekturze.

wtorek, 17 października 2017

Porcelana Stary Wiedeń i Augarten






Pisałam Wam ostatnio o nowej szafie. Kiedy ją kupowałam sprzedawca dał mi w prezencie talerz do ciasta. To miał być taki bonus i podziękowanie za udaną transakcję.
Od razu wiedziałam, że ten bonus, nie jest całkiem byle jaki, bo rozpoznałam ręczną dekorację (w typie deutsche blumen – niemieckie kwiaty) i markę firmy: Wiedeń. Co prawda nie jest to stary, słynny Wiedeń, ale wyrób XX-wieczny, wyprodukowany w latach 20. albo 30. XX wieku.


To jednak pretekst to opowiedzenia Wam o tej wspaniałej i niedocenionej wśród polskich miłośników porcelany wytwórni.
Manufaktura porcelany w Wiedniu powstała, jako druga w Europie, zaraz po Miśni, w 1718 roku.
Pierwszy okres trwał w latach 1718-1744 i nazywany jest od nazwiska założyciela i dyrektora – okresem Du Paquiera. Jakość wyrobów doskonaliła się z roku na rok, ale nadal nie dorównywała wyrobom miśnieńskim – ścianki były grube i nieprzeświecające, a masa naczyń była dużo większa niż egzemplarze saskie. Manufaktura przeżywała ciągłe kłopoty finansowe, dlatego w roku 1744 Du Paquer postanowił sprzedać fabrykę państwu.
Rozpoczął się drugi okres fabryki trwający w latach 1744-1784. Ważne wydarzenie z tego okresu to odkrycie złóż znakomitej glinki na Węgrzech (uwolniło to od uzależniana od dostaw w Niemiec, ale tez poprawiło znacznie jakość masy porcelanowej) oraz zatrudnienie artysty Johanna Josefa Niedermayera, który stworzył dział rzeźby figuralnej. Słynnym dziełem manufaktury z tego kresu była grupa figurek przedstawiająca zaręczyny arcyksiężniczki Marii Krystyny z księciem Albertem w obecności cesarzowej Marii Teresy. W 1777 roku fabryka otworzyła dwa sklepy na terenie Polski: we Lwowie i w Berdyczowie. Powstały też, z myślą o polskich klientach, figurki nazywane „polską rodziną” – nie dorównywały on jednak przedstawieniom typów polskich wykonanych przez Miśnię. 


Trzeci okres rozpoczyna się 1784 roku (kończy w 1805) od objęcie kierownictwa przez barona Konrada Sorgenthla – na to stanowisko powołuje go cesarz Józef II, licząc że sprawi on, że manufaktura zacznie w końcu przynosić dochody. I nie pomylił się. Okres ten był bowiem szczytowy w całej historii fabryki. Postawiono na dekorację malarską, i zwiększono zatrudnienie – pracowało 500 osób w tym ponad stu samych dekoratorów. Do najwybitniejszych należeli Josef Leithner i Georg Perl. Motywy czerpano głównie z nowoodkrytych fresków Pompei i Herkulanum – jak wiadomo, to motywy typowe dla panującego wówczas w Europie okresu empire. Śmierć Sorgenthala w 1805 roku kończy ten najwspanialszy okres manufaktury.
Czwarty, ostatni okres, trwał od 1805 do 1869  - do roku zamknięcia fabryki. Był to okres schyłkowy, w którym stopniowo jakość wyrobów spadała, a fabryka znowu stawała się deficytowa. W roku 1862 parlament austriacki podjął uchwałę o likwidacji manufaktury, ze względu na przynoszące przez nią straty. Wniosek ten przyjął w roku 1866 cesarz Franciszek Józef I, a całość likwidacji zakończono w 1869.

Manufaktura umieszczała przy zwyczajowej sygnaturze również datę produkcji: w okresie od roku 1790 d0 1800 były to dwie ostatnie cyfry określające rok (np. 95 oznacza 1795), a po 1800 roku trzy cyfry (na przykład 803 oznacza 1803). Na talerzach, które mam w swojej kolekcji widnieje wycisk z rokiem 1816 – czyli numer 816. 




Za każdym razem, kiedy patrzę na te talerze (mam dwa) trudno mi uwierzyć, że te kruche przedmioty mają już ponad 200 lat. Podszkliwny, malowany kobaltem ornament, z zawiązanych w kokardy wstążek jest bardzo typowy dla wyrobów z tego okresu. 



To szybkie zakończenie produkcji w II poł. XIX wieku sprawiło, że wyroby wiedeńskie stały się chętnie poszukiwanymi przez kolekcjonerów, a malowana podszkliwnie kobaltem sygnatura – przekreślony ul, lub jak określają to niektórzy, tarcza herbowa Austrii są synonimem luksusu i unikatowości. 

Wyroby wiedeńskie były po zamknięciu fabryki wciąż kopiowane i powielane przez różne, mniejsze wytwórnie. Aby odnowić, usystematyzować i kontynuować dawną produkcję Wiednia w roku 1922 reaktywowano fabrykę, którą nazwano Augarten, od miejsca w którym funkcjonuje (budynki gospodarcze zamku Augarten). Fabryka wykonuje kopie starych figurek i serwisów, ale też produkuje nowoczesne naczynia, według nowych projektów. Wyroby dekorowane są ręcznie (jak widać na moim darowanym talerzu), co sprawia, że nadal są towarem luksusowym i unikatowym. Każdy produkt Augarten jest sygnowany logiem manufaktury – kobaltowy stempel, ręcznie podpisany jest malarz - jego numer, numer wzoru oraz formy.



Na koniec coś do poczytania: fragment wspomnień Zofii Strowieyskiej-Morstinowej, która pisze o serwisie „Stary Wiedeń”, będącym a przełomie XIX i XX wieku wyposażeniem dworu w Bratkówce. Z resztą „Stary Wiedeń” jest jednym z najważniejszych serwisów eksponowanych w Muzeum-Zamku w Łańcucie. Tam dekoracja serwisu nazywa się „liście tataraku”, a powstał on powstał w 1806 roku, a więc w szczytowej formie manufaktury.




A to ze względu na koszta, te nieszczęsne koszta, które wiecznie stawały w poprzek projektów pani Emilii [Amelia hr. Łubieńska-Starowieyska – w tekście zmienione są imiona, nazwiska i nazwy miejscowości  - matka autorki], i wszelkich Baszowskich [Bratkowskich] poczynań. I nawet zniesienie wielkiego serwisu „Stary Wiedeń” nie mogło się odbyć za darmo: trzeba było dwie szafki przerobić na serwantki, czyli drzwi zastąpić szybami. Gdy to – zdaje się równocześnie z przeprowadzeniem jadalni – zostało dokonane, pani Emilia ustawiła w jednej cały piękny serwis: stosy talerzy, wdzięczne wazy o wysmukłych kształtach, misterne koszyczki i koronkowe talerze – wszystko bardzo chytrze poobtłukiwanymi uszami i brzegami do ściany, tak że serwantka wyglądała ślicznie. W drugiej ustawiono ciemnoniebieski, suto złocony i ręcznie malowany serwis do kawy – zdaje się „Berlin”. Gdy tak obie serwantki, napełnione piękna porcelaną, stanęły w dwóch rogach nowego jadalnego, pani Emilia przeżyła piękny dzień. Znów dzięki jej staraniom i pomysłowości Baszówka podniosła się w randze.

czwartek, 28 września 2017

Bakłażany po odesku





Dziś podam Wam niezwykły przepis na bakłażany po odesku. Dał mi go niedawno pewien muzyk, Rosjanin, z zastrzeżeniem, że to specjał jego mamy i tak przyrządzony bakłażan absolutnie przypomina mu dzieciństwo. Może, więc zdradzam nieco rodzinną tajemnicę Pana Mikołaja, ale trudno nie podzielić się tak wspaniałym przepisem. W oryginale dodaje się świeżo wyciśnięty czosnek, jednak nie każda wątroba to zniesie, można, więc jeść bez czosnku i tak jest wyśmienite. 
Jeszcze kilka ciekawostek o bakłażanach: w wieku XVIII były znane tylko jako roślina ozdobna z racji fioletowych kwiatków. Na stoły trafiły dopiero w drugiej połowie XIX wieku, jednak bardzo dobrze się na nich usadowiły, zwłaszcza w krajach wokół Morza Śródziemnego. Kuchnie: włoska, francuska, turecka, grecka, rosyjska oraz kuchnie arabskie uwielbiają to warzywo.
Przed wojną pojawia się nazwa bałtarzan albo z francuska oberżyna (tak czasem nazywa się kolor farby do włosów - już wiadomo dlaczego). W Ilustrowanym Kurierze Codziennym z roku 1934 przeczytamy też, że: „Gruszka miłosna czyli jajko krzewiaste” zwane także z rosyjska „bakłażanem“ to świetna jarzyna, którą można w wieloraki sposób używać, a wprowadzona do naszych jadłospisów doda im tak bardzo potrzebnej rozmaitości”.

Bakłażany po odesku („Gruszka miłosna po odesku”)

Składniki:
Bakłażan i pomidory w stosunku 1:1 (ile dkg bakłażana tyle dkg pomidorów)
Oliwa, sól, pieprz
Cebula (jedna na jednego bakłażana)
Duży pęczek koperku i dwa razy mniej natki (na jednego bakłażana)
Czosnek.


Wykonanie:
Bakłażana nakłuć w kilku miejscach i piec w całości około godziny – jest dobry, gdy traci elastyczność, a dotknięty mocno palcem nie wraca do „formy” i jest wyraźnie miękki. 


Obrać go (skórka łatwo schodzi), posiekać i smażyć do zrumienienia na oleju. 


Międzyczasie pokroić pomidory, pousuwać gniazda nasienne i zgotować je w rondelku żeby zmiękły. Przetrzeć przez sito i dodać do bakłażana razem z pokrojoną w drobną kostkę i podsmażoną wcześniej i cebulą. 


Dusić to chwilę, żeby odparował nadmiar płynu. Na koniec wrzucić posiekany koper i natkę, doprawić do smaku solą i pieprzem. Bezpośrednio przed podaniem wymieszać ze świeżo wyciśniętym czosnkiem (ilość według gustu). 


Można jeść na zimno i ciepło - jest tak samo smaczny (pół słoika zjadłam z chlebem od razu!). Jeśli w domu jest Was więcej, zróbcie ten przysmak, z co najmniej dwóch bakłażanów, bo po odparowaniu wody z warzyw potrawy nie wychodzi za dużo i będziecie żałować.
Smacznego!