czwartek, 21 czerwca 2018

Renowacja porcelanowej figurki






Może renowacja to zbyt dużo powiedziane, bo nie udało mi się odtworzyć pierwotnego stanu figurki, chyba szeroko rozumiana naprawa, pasuje lepiej. 


Zaczęło się od tego, że znajoma przyniosła mi do naprawy rodzinną pamiątkę – porcelanową figurkę rokokowej pary (miło, swoją drogą, że wierzyła, iż potrafię coś zdziałać). 



Dama siedzi na krzesełku z wachlarzem w delikatnej rączce, a kawaler zażywa tabaki. Oboje piękni, delikatni i wzniośli. U nóg pięknej pani znajdował się też piesek, który „na przestrzeni dziejów” miał mały wypadek, w wyniku czego zostały mu tylko tylne łapki i kawałek tułowia. 


Piesek jedną łapą opierał się o suknię swojej pani - to motyw charakterystyczny dla sztuki rokoka, podejmowany często również w malarstwie. 




Odtworzenie pieska było właśnie moim zadaniem, ale jak się okazało wyszło coś zupełnie innego…
Figurka nie jest sygnowana, ale sądząc po charakterystycznym dla wyrobów rosyjskich szkliwie iryzującym (lustr) dającym tęczowy połysk, to wyrób z tego kraju. Szkliwo to zobaczymy na niektórych partiach figurki, np. na pasach spodni kawalera. Przedmiot powstał pod koniec XIX wieku, prezentuje dość wysoki poziom artystyczny, co widoczne jest np. w dekoracji twarzy postaci. Niestety, być może w sklepie sprzedawcy (pośrednika pomiędzy wytwórnią a klientem), ktoś „żeby było jeszcze piękniej” domalował pewne partie dekoracji (ciemnoniebieski surdut kawalera, krzesełko) i niezbyt dokładnie wypalił farby, a być może nie zrobił tego wcale, bo kolor w tym miejscu trochę się kruszy. W XIX wieku taka praktyka, dodatkowej dekoracji, w sklepach z porcelaną była stosowana dosyć często. Były tam małe piece do wypalania farb naszkliwnych, bo klient zawsze mógł zażądać namalowania na serwisie np. swoich inicjałów i trzeba było takie zlecenie zrealizować na miejscu. Na szczęście te sklepowe „poprawki” na figurce widoczne są bardziej z tyłu postaci.



Tajemnicą figurki jest to, że nie jest to tylko zwykła dekoracja, ale kryje w sobie świecznik na dwie świece, który gdy nie potrzebujemy światła przykrywa się, a przedmiot jakby nigdy nic, stawiamy w serwantce (choć jak mówi jego właścicielka, odkąd pamięta stał na kominku).





Naprawę zaczęłam od dokładnego przyglądnięcia się figurce i oczyszczenia jej z kurzu. Ze względu na to, że to nie moja własność, podjęłam w tym względzie „najwyższe środki bezpieczeństwa”. Po pierwsze sprawdziłam wacikiem jak zareagują na wodę partie domalowywane. Okazało się, że nie ścierają się, a to był dobry znak. Włożyłam więc figurkę do plastikowej miedniczki wyścielonej miękkim ręcznikiem – wszystko żeby się nie obiła – i wypełnionej ciepłą wodą z płynem do naczyń. Potem delikatnie, za pomocą miękkiego małego pędzelka, oczyściłam wszystkie porcelanowe zakamarki. Pozwoliłam figurce naturalnie wyschnąć układając ją na miękkim ręczniku.
Do uzupełnienia braków porcelany kupiłam w sklepie dla plastyków specjalną masę do rzeźbienia, przypominającą surową masę porcelanową, ale której nie trzeba wypalać (schnie naturalnie).


Od cioci-graficzki przywiozłam różne narzędzia (skalpele, igły, nożyki) pomocne w rzeźbieniu oraz farby do pomalowania uzupełnień. 



Rozłożyłam swój niemal profesjonalny warsztat i przez dwie godziny modelowałam pieska, a właściwie starałam się go wymodelować, bo zadanie to mnie przerosło (nigdy nie byłam dobra w rzeźbie, zawsze wolałam malarstwo). Poddałam się, ale praca z masą rzeźbiarską była bardzo przyjemna, więc postanowiłam pobawić się nią jeszcze chwilę bez zaprzątania sobie głowy biednym, zdekompletowanym zwierzakiem. 
I jakoś tak „samo się zrobiło”, że ulepiłam piękną różę, bardzo podobną do tych, jakie spotyka się na figurkach z porcelany. Przyglądnęłam się jej i wiedziałam już, że zamiast pokojowego pieska obok damy stanie kosz róż, który właśnie podarował jej kawaler. Dla porcelanowych postaci z pewnością taka odmiana po ponad stu latach będzie przyjemna, a i cała scena nabierze romantyzmu i świeżości.










Zaczęłam od wyplecenia koszyka. Potem na drucikach wymodelowałam kwiaty i listki róż. Zostawiłam wszystko do wyschnięcia na dobę. 






Na drugi dzień pomalowałam elementy farbą akwarelową, a kiedy  ta wyschła pociągnęłam je bezbarwnym lakierem do paznokci (tu profesjonalny renowator złapie się zapewne za głowę - ale efekt osiągnęłam). 





Nie chciałam, żeby kosz wyglądał całkiem jak porcelanowy, ta naprawa miała być swojego rodzaju zabawą, „dialogiem z mistrzem”, balansującym momentami na granicy kiczu (podobnie, zresztą, jak w sztuce rokoka).

Kosz nałożyłam na resztki psiego tułowia, maskując utłuczenia (przykleiłam go za pomocą kilku kropli kleju Magik). Do wnętrza kosza włożyłam kulkę świeżej masy rzeźbiarskiej (też ją przykleiłam) i nabiłam w nią różyczki i listki. Całość znów zostawiał na dobę do zastygnięcia. 

Efekt jest zadowalający. Powiedziałbym nawet, że niewprawne oko nie szybko zauważy, że róże „wyhodowano” w XXI wieku. Figurka nabrała frywolności i radości, wydaje mi się nawet, że dama lekko się uśmiechnęła…





piątek, 25 maja 2018

Tradycyjna biżuteria z Sardynii





Historia porcelany, tradycje stołu, dawne obyczaje, prowadzenie domu w starym stylu to tematy, które bardzo mnie fascynują. Mam jednak jeszcze jedną, bardziej kobiecą słabość, mianowicie zamiłowanie do starej, tradycyjnej biżuterii. Postanowiłam wiec napisać coś czasem i w tym temacie, zaszczepiając w Was, wrażliwość do tego typu ozdób, które - przy odrobinie wrażliwości i wiedzy - okażą się piękne, szlachetne, oryginalne i… niekoniecznie drogie. 




Zacznę może nietypowo, bo od tradycyjnej biżuterii z Sardynii, którą do dziś wytwarza się tak, jak przed setkami lat. Opowiedziała mi o niej ostatnio siostra, która od dawna na tej wyspie mieszka. Ozdoby urzekły mnie połączeniem tradycji z nowoczesnością. Z jednej strony przypominają współczesne wzory, a z drugiej niosą ze sobą tysiące lat tradycji, sięgającej korzeniami do czasów antycznych. Przez ten mariaż biżuteria jest dziś chętnie noszona przez zwykłe Sardynki, nie tylko do strojów ludowych, ale też do białej bluzki, marynarki, czy nawet do dżinsów. Mnie podoba się ona również przez swoją uniwersalność: delikatne, orientalne ażury zadziwiająco pasują do naszych, polskich ludowych czerwonych korali. 





Sardynia znana była od czasów antycznych ze złóż srebra. Dlatego wytwarzana tu biżuteria zawsze miała duże znaczenie: była dumą i znakiem rozpoznawczym wyspy. Była też od wieków symbolem statusu społecznego, bogactwa i przedmiotem wymiany handlowej.
Przez wieki wykształciły się również charakterystyczne cechy wyrobów sardyńskich, które od początku wytwarza się w dwóch technikach: filigranu i granulacji.





Filigran – technika złotnicza polegająca na zdobieniu lub wykonywaniu całego przedmiotu z cienkich drucików ułożonych w ażurową siatkę. Na Sardynii nitek takich używano także do wykonywania haftów.
Granulacja – technika złotnicza, polegająca na zdobieniu przedmiotów (gł. biżuterii) drobnymi kuleczkami złota lub srebra. Na Sardynii kuleczki te symbolizują ziarna zboża, a więc urodzaj i dostatek.

Biżuteria stała się charakterystycznym i nieodzownym elementem tradycyjnego stroju sardyńskiego. Wykonywano bardzo dużo różnych elementów: fede (obrączki), pierścionki, kolczyki, spinki do mankietów, zawieszki, naszyjniki, szpile (broszki), różańce, a nawet guziki. Dziś podczas tradycyjnych świąt Sardyńczycy ubierają się w ludowe stroje zdobiąc je oczywiście tradycyjną biżuterią. Kolory, blask, barokowa obfitość, a przy tym radość Sardyńczyków, duma z własnej tożsamości i kultury na takich imprezach zapierają dech w piersiach. 


Najważniejsze i najbardziej symboliczne były fede czyli obrączki oraz amulety su coccu.

Fede sarda – obrączka sardyńska, noszona zamiast klasycznej obrączki, w czasach antycznych była przekazywana z matki na córkę. Jedna z legend mówi, ze fede była wykonana przez sardyńskie Janas czyli wróżki, zamieszkujące centralną, niedostępną cześć wyspy. Wróżki te w dzień siedziały w swoich domach (Domus de Janas), a po północy wychodziły z nich i plotły srebrne i złote nici, z których robiły biżuterię (filigran), zdobiąc ją kamieniami typowymi dla wyspy, czyli onyksem czy koralem (współcześnie używa się tez innych kamieni ozdobnych i szlachetnych, np. rubinów). Wróżki nosiły tę biżuterię tylko na specjalne okazje, np. podczas spotkań z bogami.
Fede nosi się, tak jak klasyczną obrączkę, na palcu serdecznym lewej ręki, ponieważ Sardyńczycy wierzą, że to przez ten palec przepływa dochodząca do serca żyła miłości. Obrączka sardyńska jest podobnie jak tradycyjna, symbolem bogactwa, wierności, rodziny, wszystkiego tego, co czyni dwoje ludzi szczęśliwymi, ale przez swój odrębny od tradycyjnego wygląd, to symbol ziemi i przynależności rodzinnej, tak silnie zakorzenionej wśród mieszkańców wyspy.


Su coccu (su kokku lub la sabegia) to amulet-wisiorek wykonany najczęściej ze srebra (rzadziej złota) z czarnym onyksem. Noszony był na łańcuszku lub sznurku i ukryty pod ubraniem. Jego zadaniem jest ochrona noszącego przed urokami, złymi czarami, klątwą. Onyks ma pochłaniać złą energię, a w razie jej silnego oddziaływania, rozbija się go na pół. co neutralizuje zło.
Su coccu obdarowuje się niemowlęta i młode mężatki, aby chronić je od ciekawych i zazdrosnych spojrzeń. Amulet jest też często prezentem dla najbliższego przyjaciela czy przyjaciółki. 




Jak widzicie na fotografiach tradycyjna biżuteria sardyńska jest dużo bogatsza niż nasza, ale gdy się uważnie przyjrzeć można w niej znaleźć analogie do polskich ludowych ozdób, szczególnie do tych z koralem.

Pod tymi linkami znajdziecie jeszcze kilka innych ciekawostek na temat tradycyjnej biżuterii sardyńskiej:
http://www.fedesarda.it
http://www.loredanamandas.com/it/

piątek, 11 maja 2018

Porcelana Petersburska, kobalt





W zeszłym tygodniu miałam przyjemność otrzymać piękną filiżankę do herbaty z petersburskiej porcelany. Podarek tym bardziej wspaniały, że kupiony został w sklepie firmowym słynnej Królewskiej Fabryki Porcelany w samym centrum Petersburga. Porcelana owinięta była w bibułkę dekorowaną historycznymi sygnaturami wytwórni, włożona do pudełeczka z motywem identycznym do tego na filiżance. I jeszcze - folder z krótką historią fabryki, dekoracji i zestawem sygnatur. Prezent caca! – jakby powiedział na widok ciastek z kremem, słynny łakomczuch, pan Orzelski, bohater „Nad Niemen” Elizy Orzeszkowej. 




Filiżanka pochodzi z serwisu „Solo”, wykonana jest z porcelany twardej, dekorowana kratką kobaltu i złota nazywaną „kobaltową siatką”. Dekorację zaprojektowała Anna Jackiewicz w 1944 roku, z okazji 200-lecia powstania Rosyjskiej Państwowej Fabryki Porcelany im. M.W. Łomonosowa w Leningradzie, jak wówczas nazywano oficjalnie dzisiejszą Królewską Manufakturę Porcelany w Petersburgu (Imperialnyj Farfurnyj Zawod). Twórczyni inspirowała się prawdopodobnie reliefami z pierwszego, osobistego serwisu wyprodukowanego w dla cesarzowej Elżbiety I. Nie przypuszczała, że jej projekt stanie się najpopularniejszą z dekoracji i symbolem miasta Petersburga. Pomalowała wzorem naczynia z linii „Wiosna” zaprojektowane w 1936 roku (dziś dekor stosuje się na wielu produkowanych formach i serwisach). 


 
"Kobaltowa siatka" na serwisie "Wiosna"
Dekoracja „kobaltowa siatka” była początkowo malowana samym kobaltem. Dopiero w 1950 roku, na tzw. „żuczkach”, znajdujących się na przecięciach każdej linii dodano kreseczki prawdziwego, 24-karatowego złota. 



Dziś linie siatki maluje się kobaltem, złotem lub czerwienią.

Ciekawe jest, że prawie do końca XX wieku dekorowano tym wzorem wyłącznie naczynia do kawy i herbaty. Dopiero w 1996 roku, dekoratorka Szuliak przeniosła wzór na elementy obiadowe oraz pojedyncze sztuki nienależące do zestawów, np. popielnice, wazony, naczynia do podawania kawioru, ozdobne puszki, jajka wielkanocne, a nawet kolekcjonerskie naparstki.



Jeszcze słów kilka o samym kobalcie, słynnym, szlachetnym i drogocennym barwniku. Kobalt, czyli krzemian kobaltu to niebieski barwnik przyjmujący rozmaite odcienie. Należy do najstarszych farb używanych do zdobienia porcelany i był stosowany powszechnie w Delft, Miśni i innych manufakturach oraz oczywiście w Chinach. Jego zaletą jest odporność na wysoką temperaturę, dzięki czemu można go stosować podszkliwnie, redukując tym samym proces produkcji naczynia o jedno wypalanie (farby naszkliwne wypala się dodatkowo w temperaturze niższej niż wypalenie szkliwa). 




Kilka ważnych ciekawostek o właściwościach kobaltu znalazłam w świetnej książce Edmunda de Waala „Biały szlak. Podróż przez świat porcelany”:

[Kobalt] Pierwszy raz został użyty jako pigment na początku XIV wieku, importowany z kopalń z okolic Kaszan w Persji przez Zatokę Perską i Ocean Indyjski do portu Aceh na Sumatrze, a potem do portu Quanzhou. Przybywał albo jako czysty tlenek kobaltu – trudny do transportowania – albo jako smalta, mieszanka kobaltu ze szkłem, którą można sproszkować – proces zmniejszający szanse na to, że kolor ucieknie pod szkliwo.

[…]                                                            

Po pierwsze był niedorzecznie cenny. Nadal jest. […] W Jingdezhen testowano zdobników, żeby sprawdzić, do jakiego stopnia potrafią być oszczędni. Pewien zarządca próbował zmusić zdobników do pracy z rękami w czymś w rodzaju drewnianych dybów, żeby zapobiec podkradaniu. […] Stanowisko, na którym była malowana waza, podkładano papier, aby „nic nie przepadło”. Uronione drobinki pod koniec dnia strzepywano z papieru jak złote opiłki ze stołu złotnika.

[…]

[Kobalt] jest toksyczny. Jeśli jesteś narażony na wdychanie kobaltowego pyłu, gdy rozcierasz go na pastę, jeśli liżesz koniec pędzla, by przywrócić mu właściwy kobalt przed zanurzeniem go w ciemnoniebieskim płynie, zanim namalujesz kolejną wierzbową gałązkę, przyswajasz trochę pierwiastka. Możesz odczuwać mdłości. Możesz mieć duszności. Kumuluje się, wnika w głąb ciebie.