niedziela, 15 maja 2016


Rabarbarum


Przyszedł nareszcie ten wyczekiwany przeze mnie czas majowy, kiedy w osiedlowych budkach z warzywami i na ryneczkach pojawiły się cudownie czerwone pędy rabarbaru. Nie mogłam się oprzeć ich urokowi i kupiłam natychmiast by upiec ciasto rabarbarowe z kruszonką bo to od niego w mojej kuchni zaczyna się lato. Przepis pochodzi z Wielkiej Brytanii (tam rabarbar jest szalenie popularny) i jest bardzo prosty, a placek wychodzi przepyszny.




Jeszcze w okresie międzywojennym rabarbar nazywano często rabarbarum, a to zapewne od greckiej nazwy tego warzywa (!) „rhabarbaros”. Ale tak naprawdę rabarbar pochodzi z Chin. Ceniony jest od stuleci za kwaskowaty smak, który zrównoważony cukrem i wanilią daje wspaniały efekt orzeźwienia. Ale rabarbarum jest też znakomity jako dodatek do ryb i mięs a szczególnie dziczyzny. Jego smak wzbogacić można poprzez dodanie odrobiny startej skórki pomarańczowej, cynamonu, świeżego imbiru, a nawet tymianku i estragonu.

"Rhubarbe (Queen Victoria)" Ilustracja z albumu z rycinami "L'album Vilmorin" z XIX wieku. Rabarbar sklasyfikowany jest prawidłowo jako warzywo.



A tak o rabarbarze pisała przedwojenna znawczyni kuchni Elżbieta Kiewnarska w artykule zamieszczonym 3 października 1931 roku w piśmie dla pań „Bluszcz”:

Wiecznie się na wiosnę powtarzający i zawsze aktualny temat. Bo coraz to bardziej wchodzi w użycie, coraz więcej sobie zwolenników zyskuje ta jarzyna – owoc – ratunek gospodyń na przednówku, kiedy świeżych owoców jeszcze nie ma, a jesienne przez zimę zostały użyte lub są niedostępnie drogie.

Chyba mało która roślina hodowlana w naszych ogrodach, podległa tak prędkiej ewolucji, takiemu szybkiemu udoskonaleniu jak rabarbarum.

Przed wojną było ono wprawdzie znane. Już ś.p. Ćwierciakiewiczowa o niem dużo pisała i kopje o nie kruszyła, bo jesteśmy przede wszystkiem konserwatywne i każda nowość musi sobie literalnie wywalczyć prawo do egzystencji.

Nie wiem czy hodowla rabarbarum tak nisko w byłej Kongresówce stała, czy też przez czas wojny i okupacji tak upadła, ale te twarde, cierpkie, ciemnozielone badyle, które pod tą nazwa w pierwszych latach niepodległości na rynkach warszawskich sprzedawano, nie zasługiwały zawsze na rozpowszechnienie.

W 1939 roku w „Kurierze Warszawskim” ta sama autorka dodaje:

Mamy najróżniejsze gatunki rabarbaru do wyboru: od zielonych, grubych na marmelady, kompoty i na racuszki, delikatniejsze od jabłecznych do cieńszych wprawdzie, lecz nawskroś ślicznie czerwonych najnowszych gatunków. Te ostatnie najbardziej się nadają na kompoty i konfitury, gdyż po usmażeniu w mosiężnej miedniczce ich śliczny kolor jeszcze bardziej się potęguje.

Najsmaczniejsze jednak, moim zdaniem, są kombinacje rabarbaru z kruchym lub francuskim ciastem, naprzykład szarlotka. Kruchym ciastem cienko rozwałkowanym wykładamy tortownicę. Napełniamy ją w cienkie płatki krajanym rabarbarem, przesypując go obficie cukrem z wanilią. Po wierzchu układamy kratkę z kruchego ciasta i pieczemy naprzód w gorącym, a gdy się ciasto zrumieni, w umiarkowanym piecu. Po wyjęciu szarlotkę znów posypujemy cukrem z wanilią. Jeżeli do tego podać syrop malinowy lub porzeczkowy, to mój znajomy – wielki smakosz, taką szarlotkę nazywa „niebem w ustach”.

Nic dodać, nic ująć. Polecam więc mój placek z rabarbarem jako najlepsze rozpoczęcie sezonu letniego. Świetnie smakuje na zimno, ale podany ciepły z gałką lodów waniliowych to już prawdziwy przebój.




Placek rabarbarowo-daktylowy z kruszonką



Ciasto:

150 g mąki pszennej

100 g mąki ziemniaczanej (dodaje ciastu kruchości)

50 g cukru

150 g masła

1 jajko

Składniki wrzucić do miski i szybko zagnieść ciasto. Wyłożyć nim okrągłą blaszkę lub blaszkę prostokątną o wymiarach 20x30 cm i piec 25 minut w 160 stopniach Celsjusza. Potem ciasto wyjąć, ale piekarnika nie wyłączać tylko zwiększyć temperaturę do 180 i niech się nagrzewa. W tym czasie przygotować nadzienie i kruszonkę:

Nadzienie:

500 g rabarbaru pokrojonego w 1-2 cm kawałki

3 łyżki miodu

5 łyżek cukru

1 cukier waniliowy

100 g suszonych daktyli pokrojonych w paski

Wszystkie składniki delikatnie wymieszać i wyłożyć na ciasto.

Kruszonka:

150 g mąki pszennej

50 g ziemniaczanej

50 g cukru

125 g schłodzonego siekanego masła

Składniki wrzucić do miski i rozcierać je palcami z masłem aż powstanie kruszonka. Wysypać ją na nadzienie rabarbarowe. Piec całość 35-40 minut na złoty kolor. Po upieczeniu posypać cukrem pudrem.






sobota, 7 maja 2016

Adam Piasecki - Król Czekolady



„Król czekolady”

Niewielka przedwojenna puszeczka po cukierkach firmy Piasecki, którą niedawno dostałam, zainspirowała mnie do przypomnienia postaci Adama Antoniego Piaseckiego, przedwojennego „Króla czekolady” - człowieka interesu, filantropa i twórcy słynnego batonika „Danusia”.





Adam Antoni Piasecki (1873-1945) urodził się w Bieganowie w zaborze rosyjskim, jako syn dworskiego agronoma. W wieku 12 lat rozpoczął praktykę cukierniczą w Kielcach. Po dwóch latach wyjechał do Warszawy by dalej uczyć się fachu w piekarni Józefa Semadeniego. Tu, w roku 1893 został czeladnikiem. Następnie przeniósł się do Krakowa gdzie pracował w fabryce herbatników. Po kilku latach, w 1898 roku, zdecydował się rozpocząć własną działalność.  Na początku była to mała firma cukiernicza, która dzięki doskonałym wyrobom zaczęła być coraz bardziej popularna i cieszyła się coraz większą renomą. Szybki rozwój firmy sprawił, że w roku 1910 Adam Piasecki uruchomił przy ul. Długiej Krakowską Fabrykę Cukrów i Czekolady. W ślad za tym poszło otwarcie pierwszego sklepu firmowego w Rynku Głównym w Krakowie. 



Przed wybuchem I wojny światowej Piasecki zatrudniał 120 osób. W czasie wojny wspomagał żołnierzy: wysłał im na front wschodni 2500 tabliczek czekolady, a od 1915 roku produkował czekoladę o nazwie „Wojenna”. W okresie międzywojennym fabryka świetnie prosperowała. Powstały takie szlagiery jak, produkowane do dziś, malagi, tiki taki, kasztanki i raczki. Sukces firmy, to oprócz doskonałej jakości produktów, pomysły handlowe właściciela, który stawiał na lokalny patriotyzm – opakowania czekolad ozdabiały krakowianki, widoki Krakowa i postacie historyczne a ich nazwy nawiązywały do aktualnych wydarzeń i nastrojów politycznych.

 
Fabryka Czekolady i Cukrów A. Piaseckiego - wyroby marcepanowe (koszyczki z owocami z marcepanu szalenie popularne w okresie międzywojennym), fotografia z książki Iwony Kienzler "Dwudziestolecie międzywojenne", Tom 35 "Ludzie interesu"

Gotowe wyroby cukiernicze - to chyba lizaki, fotografia z książki Iwony Kienzler "Dwudziestolecie międzywojenne", Tom 35 "Ludzie interesu"

Wspaniałym, niezrealizowanym pomysłem było również ogłoszenie (wraz z Janem Wedlem) ogólnopolskiego konkursu na Królową Czekolady. Wyłoniona miała zostać królowa, księżniczka i damy dworu. Niestety, rozstrzygnięcie zaplanowano na 15 grudnia 1939 roku…

Adam Piasecki (z lewej) i Jan Wedel na międzynarodowym zjeździe fabrykantów czekolady, okres międzywojenny, fotografia pochodzi z książki Iwony Kienzler "Dwudziestolecie międzywojenne", Tom 35 "Ludzie interesu",

Adam Antoni Piasecki był nie tylko genialnym cukiernikiem, ale także wielkim społecznikiem. Oprócz pomocy dla wojska ogromną kwotę przeznaczył na restaurację zamku na Wawelu niemal doszczętnie zniszczonego po okupacji Austriackiej. Obdarzał też wielkim zaufaniem i opieką socjalną swoich podwładnych. 


I tu jeszcze historia miłosna… Otóż ten zacny i dojrzały już przedsiębiorca był twórcą receptury znanego batona czekoladowego „Danusia”, który opracował w 1913 roku, gdy zakochał się w swojej, dużo młodszej pracownicy o tym imieniu. Posunął się nawet do tego, że umieścił podobiznę ukochanej na opakowaniu smakołyku i ta urocza buzia zdobi do dziś tę wciąż popularną czekoladkę. Co działo się z tą miłością? Nie wiadomo. Piasecki był już wówczas żonaty... Wszelkie źródła milczą na ten temat. Przez ostatnie 100 lat opakowanie batonika zmieniało się, to jednak nie traciło swoich charakterystycznych cech: kolorystyka biało-niebieska, biały napis i buzia Danusi. Dziś ten przysmak produkowany jest w zakładzie podkrakowskich Dobczycach.



Ja najbardziej lubię tę z ajerkoniakiem...



W 1954 roku fabryka została upaństwowiona i zmieniła nazwę na „Wawel". Nadal produkuje czekolady, batony i cukierki a od 2008 roku prowadzi fundację „Wawel z rodziną”. Teraz wspomaga akcję „Z miłości do radości” – kupując produkty „Wawel” można wspomóc potrzebujących. Szlachetna wizja Adama Piaseckiego jest kontynuowana.


No i nie ukrywajmy – czekolada jest ważną częścią życia większości z nas. Tak wiec sięgając w sklepie po tabliczkę czekolady, zastanówmy się chwilę i kupmy tę z firmy „Wawel”.



Na koniec coś do poczytania – fragment wspomnień Anny Chmiel z Cieślewiczów z książki „Suknia z zielonej portiery”:

Nie ma gdzie się dobrze ustawić z końmi, a trzeba stanąć jak najbliżej ogromnego sklepu kolonialnego Hawełki i królestwa czekolady – Piaseckiego. Zapach tego wspaniałego rarytasu towarzyszy każdorazowemu otwieraniu się drzwi. Bucha w nozdrza rozradowanych dzieci. Ojciec kazał kupować tylko w polskich sklepach. Tu nie oszukują i zawsze się jest bardzo elegancko obsłużonym. Piasecki to dobra stara firma. Wyczarowuje, zwłaszcza na Wielkanoc, przepiękne cacka. A to zajączki, kwoczka z kurczętami. Mnóstwo jajeczek z czekolady. Te duże i całkiem maleńkie. A i o barankach nie zapomniał. Stoją dumnie na lustrzanych półkach przyozdobione chorągiewkami – widomym znakiem Zmartwychwstania Pańskiego. Co za cuda. A zapach. Szkoda gadać, ślinka leci, a rozbiegane oczy pożarłyby wszystko, co ustawiono również na wystawach, do najmniejszego okruszka. Do ostatniej nutki słodkiego, kakaowego zapachu.

Cukiernia Piaseckiego przy Rynku Głównym w Krakowie, fotografia z książki książki Iwony Kienzler "Dwudziestolecie międzywojenne", Tom 35 "Ludzie interesu"

niedziela, 1 maja 2016

Cwibak, keks i sucharki



Cwibak, keks i sucharki

Niektórzy spierają się, że cwibak to wcale nie keks, a keks to nie cwibak. Jednak autorytety kulinarne twierdzą wyraźnie, że te dwa ciasta to w rzeczywistości jeden i ten sam wypiek. Spór trwa od lat i zapewne pozostanie nierozwiązany tak jak nie ma odpowiedzi na pytanie: co było pierwsze wschód czy zachód słońca?

Nazwa keks pochodzi z angielskiego, a słowo cwibak z niemieckiego, i jest to ciasto biszkoptowe z dodatkiem tłuszczu i bardzo dużej ilości bakalii popularne zapewne w obu krajach. Mnie od zawsze keks kojarzył się z kuchnią angielską, w czym utwierdził mnie ostatnio program „Wiktoriańska farma” (prod. BBC), w którym bohaterowie, głównie historycy i archeolodzy, przez cały rok żyli tak, jak żyło się za czasów królowej Wiktorii (II poł. XIX wieku). W tym dokumencie jedna z uczestniczek eksperymentu, historyk Ruth Goodman, przygotowywała tradycyjne ciasto (świąteczne o ile pamiętam) z ogromną ilością bakalii, którego receptura była prawie identyczna ze współczesnym keksem. 



Przeglądnęłam swoją biblioteczkę z polskimi książkami kucharskimi (pozycje od poł. XIX wieku do czasów współczesnych) i klasyczny – w dzisiejszym naszym rozumieniu – keks pojawia się w nich dopiero po II wojnie światowej. Wcześniej keksy i cwibaki występują raczej jako ciasteczka – poleca je np. Maria Disslowa w książce „Jak gotować” (1935). Jej keksy (liczba mnoga) to ciastka z ciasta kruchego spulchnione sodą.




„Kucharka Litewska” (1938) Wincenty Zawadzkiej podaje przepis na „cwejbaczki niemieckie z anyżem”, czyli małe bułeczki drożdżowe, najpierw upieczone a potem jeszcze raz włożone do pieca i wysuszone. Tu zwracam uwagę, że taki sposób utrwalania ciast - przez podwójne pieczenie - był stosowany cały wiek XIX. Co prawda na początku zabieg ponownego włożenia do pieca miał służyć jedynie odświeżeniu wypieku, ale szybko zorientowano się, że świetnie też konserwuje. Jedyną wadą było to, że ciasto twardniało i stawało się... słodkim sucharkiem - stąd pojawiające się często w literaturze obyczajowej tego okresu sucharki. Ale nie są to, jak byśmy dziś sądzili, jakieś dietetyczne wypieki tylko słodkie, smaczne ciasteczka. I tak na przykład w najsłynniejszej XIX-wiecznej warszawskiej cukierni Lours’a sprzedawano w połowie tegoż wieku, obok innych znakomitych i wymyślnych ciast, aż dziesięć rodzajów sucharków (za: Maria Barbasiewicz „W kuchni jak na wojnie”). Widać jak były popularne i lubiane.




W „Szczenięcych latach” Melchiora Wańkowicza znalazłam taką anegdotę o sucharkach:

- Przyjeżdżam ja do Helci, mon cherie – opowiadała babunia z Mierzejewskich Zygmuntowa Wańkowiczowa ze Ślepianki o odwiedzinach u sąsiadki –  patrzę, quelle image, na gazonie przed gankiem klęczy kucharz w białym kitlu i w białej szlafmycy: „Cóż to za przedstawienie, ma cherie? – pytam, witając się z Helcią.

- Wyobraź sobie, kazałam przynieść wszystkie sucharki upieczone przez kucharza i cóż się okazało? Poskładałam spody i wierzchy i było nie do pary. Tu imagines, quel coquin! Najwyraźniej sam zjada te sucharki! Miał póty klęczeć na widoku publicznym, póki mu nie daruję, ale teraz muszę mu to zawiesić do jutra, bo któż by dla nas kolację zrobił?



U Elizy Orzeszkowej w „Nad Niemnem” jest z kolei taka scena:

[Justyna Orzelska i jej ojciec]

— Trzeba się ubierać, ojcze! Zaraz zawołają nas do stołu…

— A, do stołu! — powtórzył stary. — Dobrze… dobrze… bo już i głodny jestem…

A nie wiesz tam czasem, co na obiad będzie?

— Nie wiem — odpowiedziała i ułożyła obok lusterka wszystkie przybory do golenia się i czesania służące.

 — Wszystko gotowe, ojcze…

Stary nie ruszał się i z ukosa na skrzypce spoglądał.

— A może bym ja trochę jeszcze pograł?

— A obiad? — zapytała Justyna.

— A prawda… obiad? Pewno dziś co smacznego dadzą, bo goście są… Pytałem się nawet panny Marty z samego rana, co tam na obiad będzie, ale czy ona kiedy po ludzku do kogo przemówi! Burknęła… chrząknęła… czchnęła i na dół poleciała… a mnie już na dół nie chciało się schodzić… wypiłem więc kawę z sucharkami, troszkę szynki zjadłem i grałem sobie… Szynki w tym roku doskonale urządziła… i sucharki jej zawsze doskonałe… w ustach topnieją… caca!



Keks, który upiekłam też jest caca! Robię go zawsze na Boże Narodzenie, bo może długo poleżeć i jak już pozjadamy wszystkie placki z masami i makiem to ten mało słodki keks do filiżanki herbaty smakuje cudownie i ożywczo. A dziś szukając czegoś w szafce odkryłam całą górę różnych bakalii, które zostały z Wielkanocy i aż prosiły się żeby coś z nich zrobić. Przepis nie pochodzi z żadnej z zacnych strych książek kucharskich tylko z gazetki z wypiekami sprzed chyba piętnastu lat. Co to za gazetka? Nie wiem, bo brakuje okładki. Receptura w każdym razie sprawdzona, więc serdecznie polecam!





Keks angielski

22 dkg mąki, 20 dkg mielonych orzechów, łyżeczkę proszku do pieczenia, ¼ łyżeczki imbiru, ½ łyżeczki cynamonu – te suche składniki wymieszać w misce.

¾ kostki masła utrzeć z 150 dkg cukru pudru. Cały czas ucierając dodawać po jednym 3 jajka, skórkę otartą z cytryny, po łyżce suche składniki i conajmniej 2 łyżki mleka – ciasto nie może być bardzo suche.

Na koniec wsypać 60 dkg różnych bakalii. Nie będę wymieniała jakich, po prostu takich które macie. Do tego dzisiejszego użyłam 3 rodzajów rodzynek, kilka krojonych fig, kostkę kokosową (najpierw zagotowałam ją w mleku żeby zmiękła), żurawinę. Dodałam też wiśnie odsączone z soku – żeby ciasto było bardziej wilgotne.

Ciasto przekładamy do dużej keksówki i pieczemy 30 min. w 170 stopniach Celsjusza a potem półtorej godziny w 150 stopniach Celsjusza.

W oryginalnym przepisie upieczone ciasto przekrawa się i przekłada płatem marcepanu i konfiturą. To jednak już za dużo smaków na raz - ciasto samo w sobie jest pyszne. A poza tym bardzo się kruszy, więc przekrojenie go tak żeby pozostało w całości jest niewykonalne.

 
 
Mój keks jest trochę płaski, bo nie miałam prawdziwej keksówki tylko wąską blaszkę. Ale upieczony w odpowiedniej formie na pewno będzie lepiej się prezentował. 

środa, 27 kwietnia 2016

Dobrze nakryty stół. Cz. IV. Podawanie kawy i alkoholu



Dobrze nakryty stół. Część IV. Podawanie kawy i alkoholu.

Kawę podajemy przeważnie po obiedzie, do deseru. W nakryciu filiżanka do kawy czy herbaty powinna znaleźć się po prawej stronie talerza, na prawo od kieliszków lub nad nimi. Filiżanki do kawy i herbaty różnią się kształtem. Te do kawy są wyższe i węższe, te herbaciane szersze i niższe. Tak też rozróżniamy dzbanki – kawowy jest smukły, herbaciany pękaty i niski. We współczesnych serwisach przeważnie jest jeden typ dzbanków i filiżanek – używamy ich wtedy wymiennie. Niemniej jednak, jeśli zdarzy nam się kupić jakąś uroczą pojedynczą filiżankę czy dzbanek to warto pamiętać o tym różnicach. 

Dzbanek do herbaty, cukiernica , mlecznik i filiżanka do herbaty z serwisu Sansoucci firmy Rosenthal.

Dzbanek do kawy, cukiernica, mlecznik oraz filiżanki do kawy (większa do kawy z mlekiem, mniejsze do espresso).

Kawę podajemy w filiżankach (nigdy w kubkach!). Zwykłą, która będzie z dodatkiem mleka w większych, a espresso w malutkich. Dobrze jest podać ją w dzbanku i nalewać każdemu z gości przy stole – nalewanie kawy i herbaty było przed wojną obowiązkiem każdej gospodyni, nawet tej, której mogą pomóc służba. Cukier i śmietankę (powinna być lekko podgrzana) podajemy osobno – każdy sam komponuje smak kawy taki, jaki lubi. Herbatę też podajemy w dzbanku. Można umieścić go na podgrzewaczu. Do niej obowiązkowo cytryna - pokrojona w cienkie plasterki i ułożona na małym talerzyku. Możemy w każdy plasterek wbić wykałaczkę, albo podać mały widelczyk do ich nabierania. 


Przedwojenna broszurka „O przyjęciach i stole jadalnym” podaje takie rady dotyczące podawania kawy: Czarną kawę podaje się zwykle w pół godziny po wstaniu od stołu. Musi być obowiązkowo utrzymana w temperaturze wrzącej, to też nie należy jej nigdy rozlewać w filiżaneczki wcześniej jak w chwili podania.
I tu wyjaśnienie: dziś w zwyczaju mamy podawanie kawy przy stole, przy którym jedliśmy obiad, ale jeszcze długo po wojnie, w zachowujących tradycje stołu domach, na kawę zapraszano do salonu, czy też siadano wygodniej, w fotelach przy mniejszym stoliku. Tu obowiązywała inna dekoracja stołu – serweta mogła być mniej formalna, kolorowa, często bogato haftowana. Można by więc, dawnym obyczajem, spróbować po obiedzie zaprosić naszych gości by przesiedli się gdzieś, gdzie będzie im wygodnej. Na pewno przysłuży się to swobodniejszej rozmowie i atmosferze. Poza tym stół po obiedzie czy kolacji wygląda często jak „krajobraz po bitwie”, wiec „zmiana dekoracji” jest jak najbardziej wskazana. Do kawy pasuje coś słodkiego. O ile nie jedliśmy deseru przy stole, możemy go podać teraz – tu możemy użyć jakichś bardziej wymyślnych lub ozdobnych talerzyków deserowych.

Sielską atmosferę poobiedniej kawy ładnie ilustruje fragment „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej:
Nagle odezwał się za nią ostry dyszkant domowego lokaja, Franka:
— Kawę przyniosłem!
[Marta Korczyńska] Jak sprężyną podniesiona z krzesła wstała i dwoma szerokimi krokami przystąpiła do bocznego stołu, na którym tylko co postawiono wielki imbryk ze zgotowaną kawą.
Chwyciła imbryk i nalewać poczęła kawę do starych porcelanowych filiżanek.
— Franek! — zagrzmiał na całą salę głos jej basowy i trochę ochrypły — po jakiemu to filiżanki wytarte! Pył na spodzie! Podaj mi tu czystą serwetę, niedołęgo, słyszysz?
[…]
Kawa czarna i towarzyszące jej napoje już przez lokajów rozniesione zostały, ale tacę z likierami Kirło pochwycił z rąk służącego i na bocznym stole w salonie ją postawił. Kościste policzki jego rumieniły się trochę, oczy błyszczały, najjowialniejszy w świecie uśmiech otwierał wąskie usta. Był w tej chwili upostaciowaniem doskonałego zadowolenia ze zjedzonego obiadu, wypitego wina i najbardziej może z panującego dokoła towarzyskiego gwaru. W dwóch palcach jednej ręki trzymając zgaszone przez wzgląd na panie cygaro, drugą trzymał flakony napełnione płynami różnych barw i wabił nimi ku sobie wszystkich, którzy się znajdowali w pobliżu. W pobliżu tacy z likierem znalazł się naprzód ów otyły i na wesołego gastronoma wyglądający obywatel; podążyło ku niej potem z ganku paru innych sąsiadów, stanął też przy niej z opróżnionym kieliszkiem w ręku stary Orzelski.
— A co pan piłeś? maraskino? różany? kawowy? — zagadał Kirło. — Może innego teraz? którego? służę!
— Kawowego kropeleczkę, jeżeli łaska!
— Dobrze, a który to?
— Drugi! — z dobrodusznym uśmiechem i rozkosznie ustami cmokając odparł ojciec Justyny.
— Bóg trójcę lubi! — zawołał częstujący i przed starym, którego okrągła twarz rumieniła się coraz bardziej, postawił jeszcze jeden napełniony kieliszek.
Wszyscy blisko stojący zaśmieli się wiedząc, że żartowniś zmierza do zupełnego upojenia starego, ale on wymawiał się i jeden kieliszek do ust niosąc, drugi na środek stołu odsuwał.

Do kawy pasuje podać koniak (w koniakówkach) lub jakiś inny mocniejszy alkohol, np. likier, słodką wódkę, nalewkę. A jak radzi cytowana wyżej broszurka: Likiery nie dopuszczają innych kieliszków, jak maleńkie, smukłe, o strzelistym kształcie.
Ale to przed wojną – a dziś kierujmy się zasadą, że kieliszki mają być po prostu malutkie, choć smukłe jak najmilej wdziane. Z resztą, kiedy broszurka była wydana stosowano już różnego rodzaju inne kieliszki nie koniecznie smukłe, o strzelistym kształcie - wszechobecne Art Deco miało wpływ nawet na szkło stołowe!

Różne rodzaje kieliszków, od lewej: dwa wysokie do likierów, poniżej trzy do nalewek i słodkich wódek, po prawej dwa do koniaku.
Jeśli podajemy nalewkę (najlepiej własnej roboty) to postarajmy się o karafkę (nie za dużą). Wygląda ona na stole na prawdę bardzo ładnie i stwarza miłą atmosferę biesiady w dobrze prowadzonym i przytulnym domu. 




Rada dla kolekcjonerów i zbieraczy: Można do nalewki podać na tacy kolekcję różnych kieliszków i każdy z gości będzie mógł wybrać sobie taki, jaki mu się najbardziej podoba. Sympatyczne, oryginalne – a my mamy jedyną okazję zaprezentować nasz zbiór.



Na koniec oddam jeszcze raz głos Elizie Orzeszkowej i bohaterom, a właściwie bohaterce książki „Nad Niemnem”, Marcie Korczyńskiej:
Ale w tej chwili u końca sali rozległ się przy bufecie brzęk padającego na ziemię i rozbijającego się szkła wraz z piskliwym wykrzykiem kobiecym. Była to panna służąca pani Emilii, wystrojona i fertyczna, która tu niby Marcie w zajęciach jej pomagała, ale daleko więcej eleganckim kamerdynerem Różyca niżeli robotą swoją zajęta, jeden z niesionych ku stołowi przedmiotów z rąk wypuściła.— Wieczna niedola! — porywając się z miejsca i do bufetu przyskakując krzyknęła Marta — kryształową karafkę stłukła! Otóż to wasza pomoc! Idź mi stąd zaraz, frygo, i ani pokazuj się więcej! Ruszajcie stąd wszyscy! Sama wszystko własnymi rękami robić wolę niż do takich szkód dopuszczać! Od garnituru karafka! …Sto lat może garnitur był cały, a teraz, masz!… Wieczna niedola! Uf! Nie mogę! Zgryziona tak, że aż jej ręce drżały, rozgniewanym, a więcej jeszcze rozżalonym głosem na służbę krzyczała, dla zebrania szczątków karafki na ziemi przysiadła i zakaszlała się długim, przeraźliwym, grzmotowym kaszlem.