piątek, 1 lutego 2019

Czekoladowe rogaliki - najlepsze ciastka do kawy



Podam Wam dziś przepis na pyszne kruche rogaliki do kawy. Zainspirowałam się przepisem z książki "Kawa. Historia, wróżby, przepowiednie" Sandry Mizumoto-Posey. Troszeczkę recepturę zmodyfikowałam i przystosowałam do naszych, polskich warunków.

Składniki: 
35-40 dkg mąki
3/4 kostki masła
10 dkg nutelli
1 całe jajko
1 żółtko
cukier waniliowy
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
duża łyżeczka kakao
wiśnie z syropu 


Wykonanie: 
wszystkie składniki daj do miski i zagnieć ciasto (dość luźne). Wstaw je do lodówki na godzinę.
Następnie podziel je na 4 części i każdą rozwałkuj na grubość około 3 mm, w kształt koła. 





Koło ponacinaj promieniście, tak jak na fotografii, na brzegu każdego trójkąta ułóż po dwie wiśnie. Skręcaj trójkąty i formuj kształt półksiężyca. Ciasto się kruszy i jest nieposłuszne, więc może to być czynność nerwowa. Jeśli braknie ci cierpliwości, powykrawaj po prostu kieliszkiem kółka i przełóż je po upieczeniu dżemem wiśniowym.


Piecz rogaliki około 15 minut w 180 stopniach Celsjusza.


Kiedy przestygną polej rozpuszczoną na parze z odrobiną masła czekoladą. Ja użyłam czekolady z nadzieniem cappuccino.
Smacznego!



wtorek, 29 stycznia 2019

Podkarpacka Historia nr styczeń-luty 2019




Zapraszam do lektury najnowszego numeru pisma Podkarpacka Historia. W nim mój artykuł o czekoladzie. Polecam też trzecią część powieści Jerzego J. Fąfary o dawnym Rzeszowie pt. "Drabina do nieba".



wtorek, 22 stycznia 2019

Franciszek Kalfas „Pan Twardowski na kogucie”, „Wiosna”


Wczoraj był podobno statystycznie najbardziej depresyjny dzień w roku. Zima zdecydowanie wprowadza w zły nastój, ale nic tak nie poprawia mi humoru jak rozważania o porcelanie. Przedstawię więc dziś sylwetkę i dzieło Franciszka Kalfasa – artysty, rzeźbiarza i modelarza, który nie doczekał się niestety poważnego opracowania, a jest twórcą ważnym, wybitnym i zasłużonym dla rozwoju porcelany polskiej.

Franciszek Kalfas (21 V 1898 – 17 XI 1968) ukończył Państwową Szkołę Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Krakowie. Po zakończeniu studiów w roku 1927 został na uczelni i objął stanowisko asystenta – prowadził zajęcia z kompozycji brył i płaszczyzn oraz rzeźby w drewnie i kamieniu. W latach 1930-1934 prowadził również zajęcia na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Swoje prace wystawiał od 1928 roku (jako członek Zrzeszenia Artystów Plastyków „Zwornik”), zdobywając wiele nagród. W latach 30. podjął współpracę z Fabryką Porcelany w Ćmielowie, dla której projektował figurki i naczynia dekoracyjne. Został jej kierownikiem artystycznym. W czasie II wojny światowej ukrywał się w fabryce. Wykonał wówczas 26 projektów, które po wojnie (1945) zaprezentowano na wystawie zbiorowej prac Józefa Mehoffera i Jana Książka, tkanin artystycznych Heleny i Stefana Gałkowskich oraz polskiej porcelany artystycznej „Ćmielów”, zorganizowanej w gmachu Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Niestety nie znalazłam więcej informacji na temat wojennych losów Franciszka Kalfasa. Jak napisałam, to postać dość tajemnicza, trudno odszukać nawet fotografię artysty. Wiem, że po wojnie nie wrócił już do pracy z porcelaną. Więcej o jego biografii znajdziecie na stronie Muzeum Narodowego W Kielcach w tekście opracowanym przez znawczynię tematu dr Magdalenę Sniegulską-Gomułę (również autorkę znakomitej książki „Od manufaktury magnackiej do przemysłu. Ceramika ćmielowska w zbiorach Muzeum Narodowego w Kielcach”): Muzeum narodowe w Kielcach, Kielce 2015





Wróćmy jednak do wojennych projektów. Na wspomnianej wystawie zaprezentowano ich 26. W tym 24 zrealizowane i dwa niezrealizowane. Wśród zrealizowanych były m.in.: figurka „Taniec góralski”, popielniczka „Juhas na hali”, bombonierka z amorkami, popielniczka „Paw” oraz popielnica „Wiosna” i figurka „Twardowski na kogucie”. Poniższa fotografia to rozkładówka książki "Od manufaktury magnackiej...".




W domu mam dwie figurki z tego zestawu. Pierwsza, to współcześnie wykonana popielnica „Wiosna”. Można ją kupić obecnie w sklepie internetowym fabryki w Ćmielowie, choć moja pochodzi z giełdy staroci i jak twierdził sprzedawca wyprodukowano ją w latach 70. (nie wiem czy to prawda). Jako, że nie używa się jej jako popielniczki, służy znakomicie za podstawkę pod wizytówki. 


To wersja biała – i taka wydaje mi się najpiękniejsza, bo wydobywa delikatne rzeźbiarskie detale. 



Pierwotnie była malowana – spotkałam różne, mniej, lub bardziej bogate, wersje dekoracji. Sygnowana jest wyciskiem w masie.


Drugą figurką jest „Twardowski na kogucie” – oryginał z lat 40. i duma mojego zbioru. Dostałam ją jakiś czas temu od przyjaciółki, była u niej w domu od lat 50. Znając historię życia Franciszka Kalfasa i okoliczności w jakich figurka powstała, gdy na nią patrzę, mam nieodparte wrażenie, że dramatycznie rozwarty dziób koguta jest krzykiem rozpaczy i sprzeciwu samego artysty. 


Figurka stoi na honorowym miejscu w serwantce, za szkłem, zabezpieczona przed  stłuczeniem (szczególnie chętnie zajął by się nią mój kot Żelek).

Figurka jest niewielka, niecałe 10 cm wysokości. Sygnowana zieloną literą Ć w trójkącie, poniżej ĆMIELÓW/MADE/IN POLAND. Oczywiście została pomalowana ręcznie. Subtelnie, przemyślanie dobrana gama barwna nie gubi szczegółów, ale przeciwnie, dodaje rzeźbie dramatyzmu. Jest piękna.


Na koniec jeszcze ciekawostka, mój kamyczek do ogródka o nazwie „biografia Franciszka Kalfasa”. W Izbie Pamięci Zakładów Porcelany Elektrotechnicznej Zapel w Boguchwale pod Rzeszowem znajduje się replika rzeźby porcelanowej "Allegro" zaprojektowanej przez Kalfasa dla tego zakładu, w latach 40. 


Zapytacie skąd Kalfas w Boguchwale. Już wyjaśniam. Fabryka porcelany elektrotechnicznej w Boguchwale była w czasie wojny własnością inż. Stanisława Syski, który poprzednio był współudziałowcem fabryki w Ćmielowie. Syska produkował, obok tak potrzebnych w Polsce izolatorów, również porcelanę stołową i galanterię. Sprowadzał do Boguchwały fachowców z Ćmielowa, stąd kontakty z Franciszkiem Kalfasem. Oryginał rzeźby nie zachował się. Po wojnie pracownicy fabryki z pozostałych form odtworzyli, zresztą znakomicie, to jedyne chyba w Polsce wspaniałe, dynamiczne i ekspresyjne dzieło artysty. Naprawdę wato je zobaczyć, jest poruszające. A fabryka porcelany w Boguchwale to już zupełnie inna historia…

wtorek, 4 grudnia 2018

Nalewka Apteczna Rzeszowska - Tinctura Apothecarii Resoviense




Zaczęło się od kupionej na jasielskich starociach w Dworku-Niegłowicach ceramicznej flaszy, przypominającej naczynie apteczne z napisem SPIRIT VINI VITIS. 



Od razu wiedziałam, że to nie jest naczynie apteczne, tylko stylizacja, jednak się skusiłam na zakup. Na spodzie widać sygnaturę, która mówi że projekt naczynia wykonał hiszpański artysta Jose Moya del Pinio na zlecenie firmy Paul Mason – producenta przedniej brandy. 


Swoją drogą sprzedawanie brandy w aptecznej flaszy to dobry pomysł marketingowy – każdy weźmie ją za to trunek „zdrowotny” i usprawiedliwi tym samym swojego nadprogramowego drinka. 

Pochwaliłam się szybko zakupem koleżance - historyczce farmacji, która jako osoba wielce dociekliwa zaraz zaczęła sprawdzać czy czasem nie ma gdzieś prawdziwego aptecznego przepisu na zdrowotną brandy. Oczywiście jej ciekawość została nagrodzona, znalazła bowiem, w swojej przepastnej bibliotece, kilka receptur, z których wybrałyśmy jedną do przetestowania.
Podaję więc przepis, nieco przez nas zmodyfikowałyśmy, co daje nam prawo by naszą nalewkę na brandy autorsko nazwać… Tak powstała Tinctura Apothecarii Resoviense.





To jest proporcja na 1 litr brandy, my robiliśmy z dwóch litrów (no bo jesteśmy dwie):
1 litr brandy
45 g korzenia lukrecji (kupiłyśmy susz w aptece)
100 g rodzynek
3 g goździków (łyżeczka)
3 cm świeżego imbiru pokrojonego w kostkę
pół płaskiej łyżeczki gałki muszkatołowej
Nie wykorzystałyśmy wszystkich ingrediencji z fotografii. Została paczka rodzynek, lukrecji i suszony imbir.




Składniki wsypałyśmy do dużego słoja i zalały brandy. Potem wszystko macerowało się około dwóch tygodni w ciemnym pomieszczeniu (tzn. na dnie szafy).


 
Po dwóch tygodniach przecedziłyśmy wszystko przez gęstą gazę i przelały do butelek. Teraz trzeba poczekać kilka dni żeby całość „dojrzała”.

Oryginalnie przepis przed „rozpracowaniem” wyglądał tak:
24 funty brandy =  10,786 kg/10 = 1,08 kg
1 funt korzenia lukrecji =  0.453 kg/10 =  0,045 kg = 45 g
 ½ funta rodzynek  =  0,226796 kg/10 = 0,0227 kg = 23 g
 ½ uncji goździków = 28 g/10 = 3 g
2 drachmy imbiru = 4,3 g/10 = 0,43 g
2 drachmy gałki muszkatołowej = 4,3 g/10 = 0,43 g 

Wygląda na skomplikowany, na szczęście przetłumaczyłyśmy go „z obcego na nasze” i można nalewkę nastawić, bez ryzyka, że wyjdzie coś dziwnego i zmarnujemy brandy (jak by się z tego wytłumaczyć domownikom?).



Nalewka ma piękny ciemnobursztynowy kolor, pachnie goździkami i  imbirem. Ma właściwości rozgrzewające, więc warto ją zrobić teraz, żeby delektować się całą zimę, która przecież dopiero przed nami.
Aby buteleczki rzeczywiście przypominały tincturę apteczną opatrzyłyśmy je odpowiednimi nalepkami i zabezpieczyły, tak jak farmaceuci zabezpieczają leki robione, czyli plombą ze sznureczka i papieru.




Przyznacie, że wygląda to intrygująco, tym bardziej, że naszą nalewką będziemy obdarowywały najbliższych i przyjaciół. Mam nadzieję, a właściwie jestem pewna, że potraktują ją jako środek wyłącznie leczniczy i będą kurowali się… co wieczór.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Szkło i ceramika art deco - promocja książki




Wczoraj w siedzibie Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli odbyła się promocja książki (katalogu) "Szkło i ceramika art deco ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli" pod redakcją Anny Sieradzkiej.
W promocji nie wzięła niestety udziału pani profesor Sieradzka, na co bardzo liczyłam, ale były inne bardzo ciekawe wystąpienia historyczek sztuki, które opracowywały katalog - Justyny Wierzchuckiej (kolekcja szkła) oraz Anny Wiszniewskiej (kolekcja porcelany). Głos zabrała również recenzentka publikacji dr. hab. Irena Kozina.






Książka jest pięknie wydana, ale przede wszystkim zawiera moc fantastycznych informacji dotyczących polskiego szkła i porcelany. To obowiązkowa lektura każdego kolekcjonera. A i zwykły czytelnik oglądając ilustracje może odkryć, że identyczne przedmioty, które wchodzą w skład zbiorów Muzeum w Stalowej Woli, leżą niedocenione w jego własnym kredensie. 
Serdecznie tę książkę polecam, choć nie wiem czy będzie w regularnej sprzedaży (wczoraj każdy uczestnik dostawał ją bezpłatnie).

środa, 10 października 2018

Naprawa porcelany – pojemnik apteczny





Dziś na przykładzie aptecznego pojemnika pokażę Wam jak wykonać prostą naprawę porcelany.
Pojemnik pochodzi z II poł. XIX wieku i przeznaczony był do przechowywania Unguentum Juniperi, czyli maści jałowcowej dającej ulgę w bólach reumatycznych. Był niegdyś wyposażeniem Apteki „Pod Gwiazdą” w Leżajsku.
Dostałam go w stanie, jaki widzicie na fotografii poniżej. Pokrywka stłuczona na cztery części, a na korpusie mocno widoczne spękanie. 



Zanim przystąpiłam do naprawy dokładnie obejrzałam przedmiot:
nie jest niestety sygnowany, ale wykonano go z bardzo dobrego surowca. Czerep jest gładki a szkliwo równe, bez przebarwień i odporne na czynniki zewnętrzne (brak rys, przetarć, a przecież był używany wiele lat) – to poświadczy również moje dalsze działanie. Bardzo dobrze zostały wypalone naszkliwne farby – wyglądają zupełnie jak by liternictwo i szyld wymalowano nie dalej jak wczoraj. I ta urocza kropeczka po I przerywająca ciągłą linie konturów szyldu...



 Jedyne znaki fabryczne to nr 17 na górnym, nieszkliwionym brzegu naczynia. Prawdopodobnie fabryczny numer formy.



Zaczęłam od oczyszczenia elementów, ponieważ pojemnik stał przez kilka lat w kuchni jako dekoracja po pierwsza należało go dokładnie odtłuścić.
Umyłam części w ciepłej wodzie z płynem do naczyń i pozostawiłam do naturalnego wyschnięcia. Przyjrzałam się kawałkom pokrywki: żeby skleić ja w całość należy wszystkie klejone powierzchnie dokładnie oczyścić z poprzednich napraw. Odkryłam, że pokrywka stłuczona dwukrotnie: pierwszy raz na dwie części, które sklejono sklejone jakimś białym nieprzezroczystym, twardym klejem, zapewne jeszcze na przełomie XIX i XX wieku. Klej nie był elastyczny a jego drobiny trudno było usunąć, bo wniknęły w strukturę pęknięcia, nawet za pomocą rozpuszczalnika (zmywacza do paznokci). Zeskrobałam je delikatnie nożykiem (być może jest środek, który by to doczyścił, ale niestety nie jestem profesjonalnym konserwatorem…). Drugi raz pokrywka stłukła się na cztery części – pękła w miejscu klejenia i dodatkowo jeden z kawałków rozłamał się na trzy. Ktoś skleił wszystko ponownie używając elastycznego kleju silikonowego (?). Ze względu na kiepskie właściwości spajające tej substancji pokrywka znów się rozkleiła, a jej elementy przechowywane były przez poprzednią właścicielkę w kawałkach (włożone do pojemnika) – chwała jej za to, że ich nie wyrzuciła! Klej z drugiego klejenia dał się łatwo odczyścić na spękaniach, choć nie udało mi się go do końca usunąć ze szkliwa (w miejscach gdzie wyciekł i został „rozsmarowany”). Na fotografii poniżej, wykonanej przed czyszczeniem,  widać oba rodzaje kleju.


Do klejenia użyłam kleju Magik (używam go do naprawy porcelany po raz pierwszy) sądzę, ze będzie wytrzymały, ale co najważniejsze kiedy wyschnie robi się przezroczysty i można go w razie kolejnej naprawy łatwo usunąć. Do innych napraw używałam zwykłej Kropelki, ale ona po dłuższym czasie lubi wybarwić się na kolor miodu i wygląda bardzo brzydko.



Elementy pokrywki kleiłam stopniowo, tak żeby każde kolejne zespolenie kawałków mogło spokojnie wyschnąć. 




W miejscu drugiego stłuczenia, gdzie klej silikonowy łatwo się usunął nie wydać prawie rysy łączenia, w miejscu pierwszego stłuczenia rysy są bardziej widoczne. 



Brzuszek pojemnika ma pionowe pękniecie biegnące przez całą wysokość w miejscy szyldu z napisem. Rysa ta ma swój urok, postanowiłam jednak nieco ją rozjaśnić za pomocą kompresu z roztworu ACE z wodą (1:1). Nasączone kawałki płatków kosmetycznych przyłożyłam do rysy i zostawiłam na noc. Rano pęknięcie zbladło na tyle, że nie powtarzałam tej operacji na kolejne 12 godzin. Szkliwo nie ucierpiało pod wpływem roztworu, co jest kolejnym dowodem na jego wysoką jakość.



Na fotografii, w tle widać jeszcze jeden pojemnik apteczny na maść jałowcową z napisem Ol. Cadin. (olejek jałowcowy) otrzymany z odmiany jałowca, wielce wśród aptekarzy cenionej, rosnącej wyłącznie w basenie Morza Śródziemnego.


Po tej prostej naprawie pojemnik znów ładnie się prezentuje, widać na nim ślady przeszłości, ale może z dumą stać w towarzystwie innych, zabytkowych aptecznych naczyń z historią.
Jeśli macie w domu potłuczone a ładne naczynia spróbujcie skleić je sami, zobaczycie jaką satysfakcję daje przywrócenie starego przedmiotu do życia.