piątek, 13 stycznia 2017

Zimowe ciasto marcepanowo-żurawinowe





Po smogu, mrozach i zawiejach śnieżnych czas w końcu na kawałek porządnego ciasta (w nagrodę, że musimy wszystkie te straszności znosić). Proponuję placek marcepanowy z suszoną żurawiną. Przepis znalazłam w Internecie i trochę go przerobiłam – dodałam miód zamiast cukru, mielone orzechy i żurawinę (dla złamania słodyczy). Ciasto wychodzi wilgotne i przyjemnie ciężkie, a marcepan dodaje mu niezwykłego posmaku. 


Marcepan robi się z mielonych migdałów z dodatkiem jajek i cukru. Można podobno utrzeć go domowym sposobem, ale ma on wówczas bardzo krótki okres świeżości (lepiej nie ryzykować – surowe jajka!).
Migdały należały do jadłospisu starożytnych Egipcjan i to za sprawą tej waśnie cywilizacji dostały się do kuchni greckiej i rzymskiej, a w późniejszych wiekach na stoły całej Europy. Jeszcze przed II wojną światową w kuchni używało się migdałów słodkich i gorzkich (dwie odmiany migdałowca). Te drugie stosowane były w minimalnych ilościach, ze względu na swoistą goryczką, która oprócz nieprzyjemnych doznań smakowych zwierała też truciznę – kwas pruski (pewnie dlatego nie ma ich teraz w sprzedaży). Wszystkie dostępne wówczas migdały miały brązową skórkę, którą po uprzednim sparzeniu nasion zdejmowało się. Dziś, dostępny jest cały wachlarz migdałów: w skórce, bez skórki, pocięte w słupki i płatki, a nawet całkowicie zmielone na mączkę. Cudownie, tylko dlaczego, kiedy otwieram paczuszkę migdałów mam często wrażenie, że w ogóle nie pachną…
Zarówno dziś jak i kiedyś migdały były produktem drogim i luksusowym, a użyte do wypieków ciast i tortów zawsze podnosiły ich wykwintność. Tak o jednej z najznakomitszych cukierni warszawskich pisze Maria Barbasiewicz w książce „W kuchni jak na wojnie”:
„Już pod koniec XVIII wieku zaczął działać w Warszawie lokal Laurenta Lourse’a, później prowadzony między innymi przez rodziny Robbi i Semadeni. Lourse wypiekał słynące smakiem rogaliki z masą migdałową, napoleonki z francuskiego ciasta z grylażem [masa ze smażonych orzechów] lub konfiturą wiśniową, drożdżowe briosze. Za czasów Semadeniego cukiernia oferowała babeczki migdałowe i orzechowe, galaretki na spodzie z masy orzechowej, ciasteczka serowe posypane siekanymi migdałami, foremki z pistacją, dziesięć rodzajów sucharków, herbatniki, migdałowe ptifury”.

Józef Rapacki, "W Ziemiańskiej", 1925

Tradycje te kontynuowały cukiernie dwudziestolecia międzywojennego, między innymi słynna Ziemiańska. Wojciech Herbaczyński w książce „W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich” pisał bowiem tak:
„Torty robiła „Ziemiańska” w dziewięciu odmianach. Przygotowywano je z prawdziwym nabożeństwem, ściśle pilnując porządku wszystkich czynności. […] Prowansalski – z czterech blacików migdałowo-bezowych, przekładano kremem Russel, o wykwintnym smaku i kolorze, jaki nadawały mu zmielone, po zrumienieniu migdały.[…]  Z „Duchesse” (nie na darmo księżna) było więcej ceremonii. Szły tu kolejno kruchy spód, blacik migdałowy, russel z czekoladą, dwie warstwy biszkoptu, marcepan, a na wierzchu – biały lukier”. […]

Ciasto marcepanowo-żurawinowe

200 g marcepana (kupuję gotowe kostki w Lidlu)
2 łyżki miodu
3 jajka
¾ szkl. Mielonych orzechów włoskich
Pół szkl. mąki
Pół szkl. Mleka
100 g miękkiego masła
2 łyżeczki proszku do pieczenia
Szczypta soli
Dwie garście żurawiny suszonej (obtoczone lekko w mące)
Na polewę: tabliczka białej czekolady + łyżka masła 

Wykonanie:
Masę marcepanową ścieramy do miski na drobnej tarce (masa musi być schłodzona, albo nawet lekko zmrożona, bo inaczej się „rozłazi”). 




Dodajemy do niej pozostałe składniki (oprócz żurawiny) i wszystko miksujemy na jak najbardziej gładką masę  - nie spodziewajmy się że będzie idealna, bo marcepan nie bardzo da się rozetrzeć; ważne żeby roztarło się masło. Następnie wsypujemy żurawinę i delikatnie mieszamy. 



Ciasto wykładamy na blaszkę wysmarowaną masłem i posypaną bułką tartą (użyłam średniej, okrągłej blaszki tortowej) i pieczemy około 50 minut w 170 stopniach Celsjusza. Ciasto musi się dobrze wypiec i zrobić się ciemne. Po ostudzeniu polewamy roztopioną na parze białą czekoladą z masłem.
Pycha!





wtorek, 10 stycznia 2017

Jak już palić, to z klasą!


Pierwszy tegoroczny wpis, trochę przekornie, dedykuję wszystkim tym, którzy postanowień noworocznych nie robią, a już na pewno nie przyrzekali rzucić palenia.

Palenie papierosów jest teraz coraz bardziej, nie boje się tego słowa użyć, piętnowane, przez co cała, wypracowana przez wieki kultura palenia zanika, a sama czynność schodzi do podziemia i staje się czymś wstydliwym. A przecież wielu z nas pali, lubi to i nie ma zamiaru rzucać tego przyjemnego nałogu. O ile palimy w miejscach publicznych to musimy się dostosować do zasad ogólnie panujących (czyli do ukrywania się i stania na mrozie w niedogodnych warunkach atmosferycznych), ale w domu, palmy z klasą, jak należy, i pozwólmy sobie na odrobinę luksusu i elegancji.  
Na zdjęciach poniżej mój zbiór akcesoriów do palenia. Choć sama nie palę, to lubię te przedmioty, przypominające o tym, jak, w niedługim czasie, zmieniły się obyczaje.







Jeśli palimy w domu, to po pierwsze, używajmy ładnej popielniczki, a po drugie trzymajmy papierosy nie w kartonowych paczkach z okropnymi napisami, wiecie, tymi o raku płuc o itp., tylko w odpowiednio do tego przeznaczonych skrzyneczkach lub papierośnicach. 


Można też od czasu do czasu zapalić aromatyczną fajkę, która podobno mniej szkodzi…



Ze względu na to, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu palili prawie wszyscy i wszędzie, to popielniczki były znakomitym narzędziem reklamującym różne produkty, począwszy od maszyn a skończywszy na jedzeniu (reklamowano tak np., kawę) Mam w domu taką, która reklamuje słynną wytwórnię platerów i wyrobów metalowych Norblina, a wyprodukowano ją w roku 1934 - w 125-lecie istnienia firmy.



Jeszcze kilka słów o tytoniu: tytoń pochodzi z Ameryki, gdzie znany był już 1400 lat p.n.e. Do Europy trafił dzięki Krzysztofowi Kolumbowi. Sławny podróżnik zlekceważył jednak jego możliwości, ponieważ w swoim pamiętniku napisał tylko jedno krótkie zdanie o tytoniu. Rozpowszechnili go dopiero w następnych dziesięcioleciach żeglarze, podróżujący między Starym Kontynentem a Ameryką, twierdząc, że ma on działanie lecznicze. Palenie tytoniu dla przyjemności rozpowszechniło się najpierw w Anglii: w połowie XVI wieku, angielscy odkrywcy John Hawkins i Francis Drake po długiej wyprawie powrócili do domu z opowieściami o tubylcach zamieszkujących Florydę, którzy mogli wędrować przez wiele dni bez jedzenia, tak długo, jak długo palili fajkę. Te barwne, egzotyczne relacje tak pobudzały wyobraźnię Anglików, że w szybkim czasie palenie fajki stało się niezwykle modne. Tytoń nie był już tylko produktem leczniczym, lecz sprawiał radość i przyjemność. 



W roku 1889 ks. Jan Kudła, wikary parafii Kańczuga na Podkarpaciu pisał w kronikach: „Tytoń miernie używany podług mnie jest nieszkodliwy; poprawia humor, niszczy zarazki, wzbudza apetyt, nastraja do pracy; nadmiernie lub wcześnie przed 24 rokiem używany sprowadza najczęściej suchoty, a w każdym razie utrudnia wykształcenie się organizmu”. 
 
Na koniec jeszcze coś do poczytania: fragment „Mistrza i Małgorzaty”, Michaiła Bułhakowa (tłum. Leokadia Anna Przebinda, Grzegorz Przebinda, Igor Przebinda)

- Widzę, że chętnie by pan zapalił – Obcy [Woland] nieoczekiwanie zwrócił się do Bezdomnego – Jakie pan najbardziej lubi?

- A co, ma pan różne do wyboru? – ponuro zapytał poeta, któremu papierosy właśnie się skończyły.

- Jakie pan lubi? – powtórzył obcy.

-Naszą Markę [papierosy Nasza Marka były popularne w ZSRR w latach 20. XX wieku] – odpowiedział ze złością Bezdomny.

Nieznajomy jednym ruchem wyciągnął z kieszeni papierośnicę i podsunął Iwanowi.

- Nasza Marka, proszę.

Redaktora [Berlioza] i poetę wprawił w zdumienie nie tyle fakt, że w papierośnicy nieznajomego znajdowała się akurat Nasza marka, ile wygląd samej papierośnicy. Była ogromna, z czerwonego złota, na wieczku miała brylantowy trójkąt, który podczas otwierania błysnął niebiesko białym ogniem.

środa, 28 grudnia 2016

Pojemnik na przyprawy z Warsztatów Wiedeńskich




Na Gwiazdkę Mikołaj, ten najmilszy, przyniósł mi śliczne naczynko do przypraw. Kupując je nie spodziewał się jednak, że owo skromne naczynko jest czymś dużo więcej niż tylko małym kuchennym przedmiotem, ale że to sztandarowy wyrób słynnych Warsztatów Wiedeńskich zaprojektowany przez ich założyciela Josefa Hoffmana. 

Josef Hoffman (1870-1956)

Wiener Werkstätte (Warsztaty Wiedeńskie) – Produktiv-Gemeinschaft von Kunsthandwerkern (Spółdzielnia Produkcyjna Rzemieślników Artystycznych) działały w Wiedniu w latach 1903-1932. Założyli je Josef Hoffman i Koloman Moser. Biura, pracownie i warsztaty Warsztatów Wiedeńskich mieściły się w budynku specjalnie zaprojektowanym przez Mosera przy Neustiftgasse 32.

Warsztaty Wiedeńskie były stowarzyszeniem malarzy, rzeźbiarzy, architektów oraz artystów zajmujących się rzemiosłem. Głównym założeniem było równe traktowanie rzemieślnika i projektanta, którzy wspólnie mieli sygnować ukończony produkt. Za cel członkowie stawiali sobie tworzenie przedmiotów użytkowych, odznaczających się wysokim poziomem artyzmu. Liczyli, że ze swymi wyrobami dotrą do odbiorcy masowego, ale okazało się to niemożliwe ze względu na ich wysokie ceny. W Warsztatach Wiedeńskich wytwarzano wszystko poczynając od biżuterii, a kończąc na w pełni wyposażonych wnętrzach. W dekoracji wyrobów najczęściej operowano ornamentem budowanym z form regularnych (prostokąt, szachownica, koło), w sprzętach preferowano sześciany i graniastosłupy.

Poniżej kilka innych przykładów projektów Josefa Hoffmana, które znalazłam w Internecie.







Moje naczynko służyło do podawania musztardy lub soli. Musztardę stosuję rzadko, więc nasypałam soli i dodałam malutką łyżeczkę. Metalowa cześć zrobiona jest ze srebrzonego mosiądzu, podczyściłam ją trochę, ale nie za bardzo, bo patyna i przetarcia ładnie wyglądają. Kryształowa wkładka jest w stanie idealnym i nie wymagała szczególnych zabiegów. I mam teraz ładny bibelot z historią, na który mogę patrzeć codziennie przy śniadaniu. Dziękuję Mikołaju!






wtorek, 20 grudnia 2016

Spokojnie, to tylko święta!





Drogie Czytelniczki i Czytelnicy! Przedświąteczne napięcie w naszych kuchniach rośnie. Żeby je nieco rozładować podam kilka rad, które choć mają już prawie wiek, są dziś jak najbardziej aktualne. Ich autorką jest przedwojenna znawczyni kuchni i gospodarstwa domowego Maria Disslowa, która zamieściła te złote myśli w książce „Jak gotować” wydanej w 1932 roku:
„Trudność nie leży w technicznym przygotowaniu potraw. Tylko w dokładnym obliczeniu czasu i porządku, w jakim kilka potraw od razu ma być ugotowanych. Trudność tę można pokonać, zabierając się do czynu w następujący sposób:
1. Obmyślić [wszystko] w przeddzień gotowania 
2. Wynotować na kartce wszystkie produkty potrzebne do obiadu 
3. Naszkicować ołówkiem szczegółowy porządek wykonania”
 
To naprawdę działa!


Wszystkim czytelniczkom i czytelnikom życzę na Boże Narodzenie wszystkiego najlepszego. Zdrowia, spokoju i miłości! 
A nowy, 2017 rok niech będzie dla Was najszczęśliwszy.



Pocztówka przedwojenna, ale jakaś taka aktualna…

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Dobry prezent - książka "Cerkwie i ikony łemkowszczyzny"

Jeśli nie macie jeszcze pomysłu na prezent to polecam wspaniały album Jarosława Giemzy "Cerkwie i ikony Łemkowszczyzny" wydany właśnie przez wydawnictwo Libra. 
Doskonały, merytoryczny tekst, wspaniałe reprodukcje i edytorstwo na najwyższym poziomie. Taki prezent ucieszy każdego. Polecam!
Książkę kupicie na  www.libra.pl