wtorek, 20 marca 2018

Jak przechowywać sztućce, cz. II






Zadzwoniła do mnie koleżanka: błagam cię pomóż! Mam mieć przyszłych teściów córki na świątecznym obiedzie a jedyny, komplety zestaw sztućców jakie mam, to stare widelce i noże, które moi rodzice przywieźli w latach 60. jeszcze z ZSRR. Są w fatalnym stanie, ale może da się coś z nich zrobić? Przyjedź, proszę!


No jak tu nie pomóc. Przed wyjściem włożyłam przezornie do torebki zestaw ratunkowy: płyn do czyszczenia metali, płyn do srebra i kilka płatków filcu i ruszyłam ze „świątecznym pogotowiem”. 


Sztućce rzeczywiście były w nie najlepszym stanie, a samo ich dotychczasowe przechowywanie zjeżyło mi włos na głowie. Widać to było po mojej zdegustowanej (może tylko zdziwionej) minie, bo koleżanka natychmiast zaczęła się tłumaczyć, dlaczego tak je trzymała.



Po rozłożeniu i oglądnięciu wszystkich elementów okazało się, że to całkiem ładny, spory i kompletny zestaw sztućców, a co najważniejsze wykonany z wysokiej próby srebra (ta ostatnia informacja wywołała spontaniczny uśmiech szczęścia na twarzy właścicielki).



Przystąpiłyśmy do czyszczenia. Zajęło to sporo czasu, miałyśmy jednak okazję podzielić się wszystkimi ploteczkami, z ostatnich miesięcy (używałyśmy płynu do czyszczenia i nabłyszczania srebra Starwax - uważam, że jest najlepszy na rynku). 



W miłej atmosferze, nie wiadomo kiedy, sztućce odzyskały blask…


Oczywiście od razu nasunęło się pytanie: w czym i jak je trzymać, skoro już są tak cenne i piękne? I tu przydały się przyniesione przeze mnie filce. Szybko wymyśliłam łatwe i niezbyt pracochłonne w przygotowaniu pokrowce. 



Najważniejszą zasadą przy przechowywaniu sztućców ze srebra jest to żeby nie miały one ze sobą kontaktu i nie rysowały się nawzajem. Przełożyłyśmy więc każdą sztukę paskiem filcu, przewiązałyśmy tasiemką, żeby się nie przesuwały i włożyłyśmy do filcowego woreczka. 







Na noże uszyłyśmy pokrowiec, którego wykonanie pokazywałam we wcześniejszym wpisie. Znajdziecie go tu: 


https://domtradycyjny.blogspot.com/2017/12/jak-przechowywac-pojedyncze-sztucce.html



Pakuneczki powędrowały do puszki po pierniczkach, która stała się prawdziwą kantyną dla tego pięknego kompletu. Za pomocą dwustronnej taśmy, jej dno, dla bezpieczeństwa, również wykleiłyśmy kawałkiem filcu.









I w ten sposób koleżanka zyskała nie tylko „rodowe srebra”, ale i, mam nadzieję, w oczach swoich zacnych gości status doskonałej gospodyni. 


I jeszcze porada: jeśli trzymacie sztućce w zamkniętych pudełkach (kantynach) lub innych pojemnikach czy woreczkach, pamiętajcie by trafiły tam bezwzględnie suche. W innym przypadku mogą śniedzieć i trzeba je będzie czyścić na nowo.

piątek, 9 marca 2018

Fasolka po bretońsku






Zacznę nietypowo od małej, ale bardzo smacznej anegdotki:
Było powszechnie wiadomo, że niewyczerpane zasoby dowcipu Fiszera często nie stały w żadnym stosunku do jego zasobów gotówkowych. Taki moment wyczuwał jego towarzysz Antoni Słonimski i tonem ujmującym zaprasza Fiszera do [restauracji] Wróbla. Po Zajęciu stolika Słonimski, znając przysłowiowy apetyt Fiszera, mówił zażenowany: - Proszę cię, wybierz coś z karty, a ja po tobie, gdyż jestem chwilowo nieusposobiony. Tu następuje potarcie dwóch palców oznaczające brak drobnych. A na to Fiszer: - To się świetnie składa, bo i ja nie mam dziś żadnego apetytu! Tylko raczej dla zwyczaju zamawia u kelnera pół fasoli po bretońsku i pół bigosu, dwie najtańsze potrawy w karcie. W tej chwili w drzwiach staje znany przemysłowiec Ambrożewicz, wielbiciel Fiszera [potencjalny sponsor]. Fiszer, nie mrugnąwszy okiem zamawia dalej - … a prócz tego daj pan sztuk mięs i całą kaczkę. [Jan Kruszewski „Przed półwiekiem w stolicy”]



Odwiedził mnie ostatnio przyjaciel, aktor Janek N. Sympatycznie rozmawialiśmy przy herbacie z cytryną i owsianych ciasteczkach, aż w końcu zeszliśmy na tematy kulinariów. Zapytałam mojego gościa, co on właściwie lubi jeść. Po namyśle, a wyczytałam z jego niezwykle plastycznej twarzy, że myśli intensywnie, odpowiedział, że nie ma szczególnie ulubionych potraw, ale nigdy nie odmawia fasolki po bretońsku, nawet kiedy nie jest głodny, czy jakby powiedział Słonimski - chwilowo nieusposobiony.


Pomyślałam: jest jeszcze chłodno, w szafce czeka woreczek wiejskiej fasoli prosto znad Buga - robię fasolkę po bretońsku!

Przepis jest prosty, zna go prawie każdy i każdy, podobnie jak bigos, robi go po swojemu. Recepturę oczywiście podaję, ale przede wszystkim chciałam wszystkim przypomnieć i polecić to pyszne, zapomniane danie.



Składniki:


55 dkg suchej fasoli

3 laski kiełbasy (najlepsza dobra podwawelska)

Kawałek wędzonego boczku

2 cebule pokrojone w kostkę

2 ząbki czosnku

Sól, pieprz

Listek laurowy

Majeranek, troszkę kminku

Puszka pomidorów albo przecieru pomidorowego (dałam słoiczek domowego soku z pomidorów i dwie łyżki koncentratu)




Wykonanie:


Fasolę moczymy na noc, po czym odlewamy wodę, zalewamy świeżą i zagotowywujemy. Wodę odlewamy ponownie, znowu nalewamy świeżej, dorzucamy listek laurowy i gotujemy fasolkę aż będzie lekko miękka. Wówczas dodajemy podsmażone: cebulkę z czosnkiem, boczek i kiełbasę. Gotujemy aż fasolka zmięknie, dodajemy pomidory lub przecier, jeszcze chwilkę trzymamy na ogniu. Doprawiamy, solą, pieprzem, majerankiem i odrobiną kminku. Jak ktoś lubi bardziej pikantnie to dobra będzie ostra papryka.

Smacznego!

PS. Gotowanie fasolki to radość dla wszystkich domowników!


poniedziałek, 26 lutego 2018

Jajka po wiedeńsku





Dziś opowiem Wam o moim śledztwie dotyczącym jajek po wiedeńsku. Zaczęło się od kupienia na targu staroci dwóch artdecowskich, posrebrzanych pojemniczków, jak sądziłam do podawania lodów, z niemieckiej wytwórni Kruppa (punce i sygnatury na stopce). To było już kilka lat temu, pojemniczki stały w kredensie, używane od czasu do czasu w charakterze nietypowych miseczek na oliwki.



Jakiś rok temu wpadł mi w ręce numer pisma „Spotkania z zabytkami”, w którym opisywany był portret warszawskiego złotnika Karola Filipa Malcza (1797-1867). Przy okazji opisu obrazu przedstawiono również historię firmy założonej przez Malcza (zmieniała właścicieli i nazwy), którą zilustrowano kartami katalogu reklamowego z przełomu XIX i XX wieku z wyrobami platerowymi przeznaczonymi do użytku stołowego (firmę prowadzili wówczas bracia Henneberg). 



Zainteresowana, jak zawsze, tego typu przedmiotami studiowałam przez lupkę kolejne pozycje katalogu i ze zdziwieniem zobaczyłam, że moje pojemniczki nie służą wcale do serwowania lodów, lecz to czarki do podawania „jaj na miękko rozbitych”. 



Jasne, ale czym są „jaja na miękko rozbite? Temat nie dawał mi spokoju. Zaczęłam szperać w starych książkach kucharskich, które nie dały jednoznacznej odpowiedzi. Były sposoby na różne podawanie jajek, ale niezbyt precyzyjne – dlatego dziś niezrozumiałe, bo sto, czy więcej lat temu pewne rzeczy były oczywiste. Najbliższe wydawały mi się jajka w szklance, ale tu trop się urwał…



Na dalszy trop skierowała mnie, wydana w okresie międzywojennym, broszurka „Co, kiedy i jak podawać”, którą ostatnio przeglądałam na stronie polona.pl (polecam). W niej przeczytałam: „Jajka po wiedeńsku (w szklance) wbija się do szklanki doskonale wyparzonej gorąca wodą i wtartej do sucha, kładąc na dno szklanki kawałek masła deserowego”.



Dowiedziałam się więc, że jajka w szklance, to jaka po wiedeńsku. Znów sięgnęłam do starych książek, tym razem tych powojennych, i oczywiście znalazłam prosty opis podawania jajek po wiedeńsku:

„Kuchnia polska”, wydanie z lat 50. XX wieku (należało do mojej babci, książka jest sfatygowana, brak jej okładki, wiec z wiadomych względów jej nie pokazuję)





„Kuchnia polska, wydanie z 1980, należało do mojej mamy:






Oba przepisy są prawie identyczne.
Ja obrałam jajka ze skorupek, przyznam, że nie było łatwo, ale żółtko udało mi się ocalić w całości. Trzeba to zrobić szybko, żeby jajka nie wystygły i masło miało szansę się rozpuścić, a to ono czyni danie wyjątkowo pysznym.



Można też wbić jajka do szklaneczek i te włożyć delikatnie do wrzątku (gotować 3 minuty). W moich pojemniczkach są oryginalne szklane wkładki, ale nie chciałam ryzykować ich pęknięcia w wysokiej temperaturze.
Jakkolwiek zrobione smakują znakomicie, polecam je na wykwintne śniadanie. Smacznego!

poniedziałek, 19 lutego 2018

Półmisek wędlin w przedwojennym stylu





Dobre zwyczaje warto pamiętać i przypominać, zarówno w kontaktach z innymi jak i w kwestii gospodarności i estetyki życia codziennego. Przyjmowałam ostatnio gości i postanowiłam stworzyć w końcu (od dawna mnie to kusiło, ale nie miałam odpowiedniej okazji) stół w przedwojennym stylu. Wiadomo, że w tych czasach sposób podania i dekoracji dania był, co najmniej, równie ważny co jego smak. 


Po inspirację sięgnęłam po wiekopomne dzieło Marii Disslowej „Jak gotować”, w nim bowiem znajdują się niezwykłe ilustracje, pokazujące jak dekorować półmiski z poszczególnymi rodzajami dań (mam reprint z roku 1989 z reprodukcjami ilustracji z pierwszego i drugiego wydania – 1935 i 1938). 




Najważniejszą potrawą na moim stole miały być wyborne domowe wędliny, postanowiłam więc stworzyć przedwojenny półmisek wędlin.




Dziś po prostu układamy wędliny w rządki lub zwijamy je w zgrabne ruloniki, ale przed wojną nie było półmiska bez plasterków jaj na twardo i zieleniny (jak twierdził ojciec mojego przyjaciela: "nie uznaję przyjęcia i wycieczki bez jaj na twardo!"). Dla ładnego efektu kolorystycznego dodawano też czasem coś czerwonego, np. pomidorki czy rzodkiewki, a nawet różnego rodzaju drobne pikle, ogóreczki i kulki lub wiórka z masła. Mój półmisek jest raczej z gatunku tych skromniejszych, bo na bogatszą dekorację nie pozwoliły jego skromne wymiary. Uważam jednak, że wygląda bardzo efektownie.

wtorek, 13 lutego 2018

Podkarpacka Historia - numer styczeń-luty 2018

Zachęcam do lektury najnowszego numeru "Podkarpackiej Historii" i moich artykułów: o kuchni karnawałowej i dawnych dietach zdrowotnych.